[OPOWIADANIE] Nieumarła

Gazowy gigant rzucał bladofioletowe światło na towarzyszący mu pas asteroidów, spłycając jego majestatyczny wygląd do obrazu płyty winylowej zawieszonej na ścianie burdelu. Planety nie mają, rzecz jasna, w zwyczaju świecić w żaden sposób, chyba że na neonach reklamujących wspomniane burdele. Po prostu tak się złożyło, że gwiazda znajdowała w jednej linii za tą masywną kulką fioletu i promienie światła przenikały na wylot przez górne warstwy atmosfery. Piloci znajdujący się w pierścieniach asteroid, chcąc niechąc, zmuszeni byli więc do patrzenia na wszechświat przez różowe, choć nieco brudne od pyłowej mgły, okulary.


- Sai, nie śpij - burknął pokładowy głośnik. W ciszy jaka panowała dotychczas, ten krótki komunikat przypominał zbicie talerza w środku nocy.


Wezwana pilotka drgnęła z fotela i spojrzała przez boczną szybę kokpitu myśliwca na migoczące niedaleko lasery. Podążyła wzrokiem za nimi aż dostrzegła ogromny statek łapczywie połykający odłupywane wiązkami energii fragmenty dryfujących asteroid. Raz za razem kolejne kawałki rudy wpadały do ładowni "Dziewiątki", jak to się zwykło nazywać ten model transportowych kolosów ze stajni Lakon. Swym kształtem geometrycznie przypominał deltoid o bardzo rozwiązłym podejściu do diety wspomaganej sterydami i obowiązkowym wiadrem smalcu.


- Sai, jesteś? Nie mam cię na radarze.


Westchnęła i przetarła oczy. Ledwie zdążyła delikatnie przysnąć i od razu musieli sobie o niej przypomnieć. Nacisnęła guzik nadawania, mocując się jednocześnie z wyjęciem jednego ze swoich czerwonych dredów z kolczyka w brwi. Pomimo bycia niczym grube kable, włosy miały dziwny zwyczaj do zachowywania się jak schowane w kieszeni słuchawki, zwłaszcza z asystującymi przy problemie dodatkowymi ozdobami twarzy.


- Tak burczysz, że zastanawiam się czy to zakłócenia, czy bimber w twoim gardle.


Odburknął coś niezrozumiale. Albo pociągnął z piersiówki i go skrzywiło.


- Zlewasz mi się z tym kamulcem. Przez szybę cię nawet nie widzę.


Powstrzymała się od tłumaczenia, że specjalnie pozostaje niewidoczna by nie zwracali niczyjej uwagi. Pokaz siły odstrasza, ale tylko wtedy gdy ma się co pokazać. Myśliwiec w jakim siedziała nie należał do kategorii tych wzbudzających popłoch, a wręcz przeciwnie. Większość przeciwników zbywała "Eagle'a" parsknięciem nim zmieniał się on dryfującą stertę złomu po spotkaniu z ich kadłubem. Nie zwiększa to zaufania klienta do jego eskorty, prawda? Zwłaszcza, gdy jeszcze kto inny sponsoruje tę ochronę, a listę płac uszczupliły pogrzeby i przejście pracowników do konkurencji: piratów. Sai zdecydowanie nie zamierzała wdawać się w ten temat.


Zamrugała światłami. Kontur małego myśliwca, zgodnie ze swoją nazwą, odciął się ptasim kształtem na tle asteroidy. Po wylądowaniu na jej zacienionej stronie, bez drobnej podpowiedzi statek pozostawał praktycznie niewidoczny dla dowolnego obserwatora.


- Wiadomo coś o Kobaku? - zagadnął ponownie górnik.


Sai pokręciła głową z rezygnacją. Nadal nie zamierzała się wdawać w Temat. Sytuacja była prosta i pilotka nie widziała nad czym się rozwodzić. Zatrudnili Kobaka, rzekomo nawróconego pirata do ochrony górników, a po wszystkim okazali wielkie zdziwienie gdy ukradł transportowiec pełen złota i palladium. Sami chcieli by lis pilnował kurnika, a jej o zdanie nikt nie pytał.


- Astra? - powiedziała półszeptem pilotka kładąc się wygodniej na fotelu z nogami na desce rozdzielczej.
- Tak, kapitanie? - odezwał się damski, lecz elektroniczny głos komputera pokładowego.
- Puść jakąś muzykę.
- Proszę o sprecyzowanie.
- Cokolwiek z imperialnego hardrocka.


Z głośników rozległa się energiczna muzyka oparta na elektronicznym podkładzie i gitarowych rifach przeplatanych folkowymi instrumentami. Pilotce nie dane było dane się nacieszyć dynamicznym wstępem, który natychmiast przycichł wraz z kolejnym głosowym komunikatem.


- Ciekawe czy go złapią - ciągnął swoim chrapliwym głosem górnik. - Nie sądzę. Jakbym ja miał pełną ładownię takiego towaru... Źle się wyraziłem. Jakbym zamierzał spieprzać z towarem, który mam w ładowni... a nie zamierzam, żeby nie było! To...
- Hackleberry? - przerwała mu z trudem powstrzymując szczękościsk.
- Co?
- Zajmij się tym co masz robić. Próba i spieprzamy.
- No robię. Mam połowę ładowni dopiero i dopiero pięćdzięsiąt kamieni sprawdzonych.
- To nie truj dupy.
- Okres masz?
Otworzyła oczy i z nienawiścią spojrzała na głośnik.
- Nie - wysyczała. - Nie wzięłam nic słodkiego.
- Masz mnie.


Wyobraziła sobie Hackleberry'ego: pyzatego górnika, który na rozpoczęcie współpracy przyniósł jej kwiaty. Jeśli miałaby go opisać trzema przymiotnikami, byłyby to "owłosiony", "przepocony" i "wypity". Kolejność zależała od tego jak bardzo danego dnia pozostałe czynniki bledły na tle bujnych kudłów ciała.


- Boruj i nie truj dupy.
- Aye, aye, ma'am.


Od czasu rozpoczęcia się ekspansji w kosmosie powróciło wiele zapomnianych zwyczajów z ludzkiej historii. Najpopularniejsze stało się zatykanie flagi we wszystkich możliwych rejonach wszechświata, gdzie da się mieszkać lub przynajmniej wysłać tych co za marne grosze mają zamiar skracać sobie życie pracując dla osobników o nieco lepiej odżywionym portfelu. Wróciły do łask także archaiczne zawody pokroju galaktycznego Kolumba, pirata, czy, jak w obecnej sytuacji - poszukiwacza złota.


Gorączka złota wstąpiła na scenę z wdziękiem i krokiem godnym dawno zapomnianej diwy. Działo się tak nie tylko dlatego, że można sobie było napchać kieszenie na całe pokolenia naprzód zanim jakiekolwiek państwo położy chciwe łapska na złożach, lecz głównie przez zapotrzebowanie. Liczne kolonie, często uzależnione od korporacji-matek, próbowały w jakikolwiek sposób zyskiwać rezerwy. Mimo tysiącleci, złoto nadal stanowiło najlepszy sposób zabezpieczania przyszłości i ekonomii, ustępując jedynie palladium, to zaś chyliło czoła jedynie przed flotą niszczycieli. Nikogo nie dziwiło więc, gdy zastępy ludzi zastawiały całe swoje oszczędności dla najtańszych statków, podczepiały wiertła lub lasery górnicze, po czym ruszały szukać swojego Klondike. Kolonie potrafiły wynagrodzić każdego dostawcę. O ile miał szczęście dowieźć towar.


W przypadku przeciętnego poszukiwacza sprawa wyglądała prosto: wsiadał w statek, ruszał w znaną pocztą pantoflową żyłę złota, wracał z kruszcem, który po sprzedaniu pozwalał na kolejny przelot pokrywający dotychczasowe wydatki. Zakładamy przy tym, że poszukiwacz amator nie pomylił kursu i nie zakończył swojego pierwszego skoku w nadświetlną w środku gwiazdy ani czarnej dziury, nie rozbił się też o pierwszą asteroidę uznając, że borowanie kadłubem pójdzie szybciej niż tanim wiertłem. Pomijamy oczywiste przypadki gdy nie był w stanie dotrzeć z towarem przez gapiostwo w kwestii paliwa zostając z palcem w miejscu ciemniejszym niż kosmos, a także przymykamy oko na nadopiekuńczych wobec złota panów z banderą w czaszki lub mijającym się z prawdą co do wypłaty odbiorcą rudy, serwującym w zamian dodatkowy otwór w czole.


W przypadku dużych korporacji, proces był mozolniejszy. Po otrzymaniu informacji o jakimkolwiek złożu, należało dokonać próbne odwierty. Wysyłano wówczas tego, kto wyciągnął najkrótszą słomkę, by borował dziury w losowych asteroidach. Z reguły zatrudniano mu do ochrony niezbyt marudnego i wybrednego łowcę nagród, któremu płacono za przelot, zaś dodatki do pensji był w stanie sam sobie zorganizować odstrzeliwując potencjalnych piratów, przeważnie już bogatszych o sowite sumy wiszące wraz z listami gończymi za ich głowy. Dopiero po wykonaniu dostatecznej liczby prób, ktoś odpowiedzialny za powiedzenie na głos zdania "to się opłaca!" mógł przyklepać pomysł wysłania całej floty. W wyznaczone miejsce ściągała wtedy szarańcza w postaci korporacyjnych górników i patroli marynarki wojennej frakcji, która dziwnym zbiegiem okoliczności uznawała dany system za swój.


Sai wyróżniała się w tym schemacie. Jak na używanego w zestawie łowcę nagród, była nie tylko marudna i wybredna, ale też żądała kwoty prawie trzykrotnie wyższej niż przeciętna. I miała ku temu pełne prawo. Czerwonowłosa zjawiła się praktycznie znikąd i w bardzo krótkim czasie stała się celebrytką wśród kolegów po fachu dorabiając się pseudonimów, jakie rzadko zdarzają się w branży. Potocznie zwano ją Aquilą od jej znaku rozpoznawczego jakim był statek Eagle, co z czasem zastąpiło jej nigdy nie podane nazwisko. Odnosząca się do jej fryzury oraz bardziej żartobliwa ksywka, chociaż niekoniecznie w uszach i ustach pracodawców brzmiała Dreadful. Był to swoisty fenomen pośród aliasów pokroju Wariat, Pornol, Mowgli czy Gałka. W przypadku tego ostatniego, Sai poczuwała się do bycia autorką.


Loty po próbne odwierty zaczęły przyjmować rutynowy charakter. System ze złożami nie znajdował się na żadnej mapie, toteż Sai była skazana na dwa głosy, spośród których Hackleberry nie dawał się wyciszyć. Astra, jak nazwała swój komputer pokładowy, przynajmniej nie odzywała się bez potrzeby.


- Temperatura statku przekroczyła pięćdziesiąt procent - oznajmiła wirtualna kobieta.
- Otwórz przesłony i wywietrz aż spadnie poniżej trzydziestu.
- Przyjęłam. Wyłączam tryb ukrycia. Zasięg wykrywalności statku przy obecnym wydzielaniu ciepła wynosi trzy kilometry.
- Nawet mniej w pasie asteroid - pouczyła swój statek.


Pilotka rozpięła swój niewygodny kombinezon i wyciągnęła paczkę papierosów. W większości systemów podległych Federacji tytoń został zakazany i groziła za niego grzywna. Za raczenie się swoim nałogiem publicznie i zmuszanie postronnych do biernego palenia wsadzano do więzienia. Imperium pozostawało pod tym względem nieco bardziej liberalne, ale Sai nie spieszyło się na drugi koniec galaktyki w celu wyskoczenia na fajeczka. Terra incognita wystarczała w zupełności. Kabinę zasnuł błękitny dym.


- Mam mglisty kontakt na radarze - szczeknął chrapliwym głosem górnik.
Wypuściła dym nosem siegając do przycisku nadawania.
- Wietrzę się, nie panikuj jak baba.
- Nigdzie cie nie widzę!


Wyjrzała przez okno. Hackleberry faktycznie oddalił się robiąc odwierty, a sama też dryfowała w przeciwną stronę przyczepiona do asteroidy. Nie widziała jednak potrzeby by specjalnie zmieniać pozycję.


- Jak próby? - zmieniła temat.
- Śliczne. Prawie tak czyste jak dziewicze łzy. Bez borowania mogę już mówić co gdzie siedzi. Najbrudniejsza dzisiaj miała TYLKO osiemdziesiąt procent złota.
- Dziurkuj dalej.
- Wolałbym ciebie.


Wymownie westchnęła wypuszczając kłęby dymu z płuc i otworzyła na holograficznym panelu stronę portalu społecznościowego. Miała mało przyjaciół, zarówno realnych jak i wirtualnych, mimo to czekało na nią powiadomienie.


> Jego Zajebistość Robert Trocki napisał:
>> Mój oficjalny upadek. Związałem przyszłość z mopem i szczotką do kibla.
> Owen Miles skomentował:
>> Kłamca. Podłogi myją najtańsze roboty domowe. Zostałeś z samym berłem do cudzego tronu.
> Fifi M. skomentowała:
>> Nie przejmuj się - żadna praca nie hańbi.
> Ron Webber skomentował:
>> Czekaj, jak to było? A, już pamietam: "pies jebał ten uniwerek".


Sai spojrzała na zdjęcia Trockiego. Wysmarowany samoopalaczem, lśniące licówki, wiecznie stojące dęba od żelu włosy. Był stereotypowym przedstawicielem klubowego żigolo, któremu nie do końca zgadzają się życiowe priorytety, a słowo umiar dotyczy tylko alkoholu. A i to nie zawsze.


> Sai A. skomentowała:
>> A co z tym kursem na szefa kuchni?


Zgasiła papierosa akurat w momencie gdy Astra oznajmiła zamknięcie przesłon i zakończenie wydzielania ciepła. Rzuciła okiem na oddalającego się do kolejnej skały górnika, po czym wróciła do przeglądu sieci.


- Kręcisz się jak smród po gaciach. Aż tak ci się nudzi?


Podniosła brwi.


- Co?
- No kręcisz mi się po radarze w te i nazad.


Spojrzała za okno.


- Astra, dystans do Hackleberry'ego.
- Lakon Type-9, dowódca jednostki David Hackleberry. Odległość w przybliżeniu to siedem kilometrów.


Znajdowała się daleko poza jego skanerami. Co więcej, gdy się wietrzyła, też była poza nimi.


- Już do ciebie lecę.
- Sai? Coś się stało?


Górnik brzmiał jak spłoszone zwierzę. Ton jego ochroniarza nie zwiastował przyjemnej niespodzianki.


- Ani mi, kurwa, drgnij. Zrozumiałeś, Hackleberry? Cała stop.
- Co się dzieje? Sai!
- Astra! Radar! - zignorowała pytanie.
- Brak zidentyfikowanych kontaktów.


Podniosła statek najdelikatniej jak potrafiła i powoli ruszyła w kierunku swojego klienta. Leciała eliptycznie, ukryta za asteroidami, wytężając wzrok w poszukiwaniu drugiego łowcy.


- Sai, do kurwy nędzy! Odezwij się!
- Zamilknij i udawaj, że borujesz.


Po chwili ciszy masywny Lakon wypuścił wiązkę lasera w stronę pobliskiej skały. Wszystko wyglądało normalnie. Przeszło jej przez głowę, że może odłamki rudy wywowały falszywe echo, lecz w tym samym momencie radar piknął.


- Niezidentyfikowany kontakt. Odległość tysiąc dwieście metrów i oddala się.
- Jak to niezidentyfikowany?! - warknęła. - Masz najlepszy skaner na jaki mnie było stać. Kto to jest?
- Zidentyfikowano kontakt. Jednorazowy radiator. Odległość tysiąc metrów.


Zacisnęła zęby. Nie tylko ona czaiła się pośród dryfujących skał. Miała jednak tę przewagę, że jej zwierzyna nie miała pojęcia o przyjęciu nowej roli. Potencjalny pirat ukrywał się tak długo z zamkniętymi przesłonami, aż zaczął się przegrzewać. W tym celu pozbył się nagrzanego radiatora i zastąpił go nowym, jeszcze zimnym.


Podfrunęła do cudzego radiatora i pozbyła się swojego. Nawet najdokładniejszy radar nie rozpozna przy takiej bliskości dwóch obiektów, że dorzuciła coś od siebie. Chciała utrzymać swój cel jak najdłużej w niewiedzy, a ochłodzenie swojego silnika w tym pomagało. Obróciła statek do Hackleberry'ego i swoim zwyczajem przycupnęła na asteroidzie. Czekała.


- Jesteś tam, Sai?
- Rób swoje. Mam cię na oku.
- Już myślałem, że mnie zostawiłaś i...
- Cicho. Mamy gościa.


Jedna z asteroid w polu widzenia łowczyni nagród poruszyła się nienaturalnie. Z cienia wypełz płaski i cienki jak kartka papieru statek. Gdy obrócił się stając za Dziewiątką, zobaczyła pirata w całej okazałości. Siedział za sterami Cobry - okrętu o kształcie głowy węża od którego zapożyczył nazwę. Ulubiony statek piratów. Dwukrotnie większy od Eagle'a, lecz mimo to zwrotny. Był w stanie dużo przyjąć na klatę, jak i dźwigać na plecach po uwolnieniu nieostrożnego kupca z jego towarów.


Sai zakryła swój złośliwy uśmiech zakładanym kaskiem. Doskonale znała ten statek jak i swojego oponenta. Lista potencjalnych bandytów nie była przesadnie długa w miejscu uznawanym za białą plamę. Szczepiła zapięcia kasku i kombinezonu. Sprawdziła szczelność skafandra. Czekała.


Radar piknął. Cel rozsunął przesłony i wydzielił ciepło.


- Zidentyfikowano kontakt. Statek Cobra. Dowódca jednostki...
- Cześć Kobak - nadała bezpośrednio do celu.


Pirat natychmiast wykonał zwrot i włączył dopalacze.


- Przekaż pełną moc do silników.
- Przyjęłam.


Sai przycisnęła przepustnicę do oporu i poprawiła guzikiem dopalacza. W środku Eagle'a zadudniło.


Kobak zanurkował pomiędzy asteroidy próbując zerwać kontakt wzrokowy między statkami, lecz zwrotniejszy myśliwiec łowczyni nie odpuszczał. Rozpoczęli nieregularny taniec pośród skał.


- Cel rozpoczął odnawianie osłon.


W ramach potwierdzenia słów Astry rzuciła okiem na pobieżny skan przeciwnika na swoim lewym panelu holograficznym. Każdy statek dysponował jakimś polem siłowym, nie tylko ze względów bojowych, ale też jako zabezpieczenie przed potencjalnym kosmicznym śmietnikiem, który przy dużej prędkości mógł przedziurawić kadłub na wylot. Utrzymywanie tarcz miało jednak wadę w postaci znacznego przegrzewania systemów, więc pozostający w ukryciu pirat musiał je wyłączyć. Ich odnowa zajmowała zdecydowanie dłużej i zwykłe pstryknięcie guzikiem nie dawało natychmiastowego poczucia nieśmiertelności.


- Wypuść klamki!
- Wykonuję.


Spod obu skrzydeł Eagle'a wysunęły się obrotowe działka, zaś nad kokpitem wychynęła dodatkowa lufa lasera pulsacyjnego. Na nafaszerowanej elektroniką przedniej szybie zamajaczyły celowniki, samoistnie próbujące złapać ofiarę w swoje objęcia. Ilekroć krzyżyki miały się już-już zablokować na piracie, ten robił szaleńczy manewr niemal ocierając się o asteroidę i uciekał poza pole widzenia. Seria z minigunów orała wtedy Bogu ducha winną planetoidę, szyba wyświetlała napis o braku celu, a pilotka wymyślała nowy wulgaryzm.


Kobak był doświadczonym piratem i doskonale wiedział co robi przedłużając zabawę. Zdążył odnowić tarcze i nie wyrównał szans, lecz znacząco przechylił szalę na swoją korzyść. Powtórzył swój ucieczkowy manewr za skałę i Sai ponownie ruszyła za nim by go dogonić. Tym razem wąż zaczaił się na orła.


Eagle wypadł zza asteroidy sypiąc pociskami w miejsce gdzie powinna być ofiara. Ku jego zaskoczeniu, Cobra już była obrócona przodem i ugryzła. Pirat wypuścił dwie rakiety, lecz to właśnie ten ostrzał na oślep zbawił Sai. Pociski zderzyły się ze sobą i eksplozja przerwała linię wzroku. Aquila zanurkowała pod przeciwnika i unosząc dziób strzelała licząc na trafienia w podwozie. Straciła cenne sekundy nim zauważyła wroga oddalającego się na dopalaczach w stronę dwóch ogromnych planetoid.


- Plotki o tobie są mocno przesadzone - odezwał się mocno postrzępiony zakłóceniami głośnik.
- Tak jak nagroda za twój barani łeb.
- Zesrasz się, a nie ją zgarniesz.
- Chyba ty - warknęła zła, po części na Kobaka, po części na brak weny do celnej riposty.


Sai została sporo w tyle. O ile wariactwa pośród asteroid to chleb powszedni dla Eagle'a, o tyle Cobra miała większe silniki i nie było szans nadążyć za nią na prostej. Pilotka nie zamierzała odpuścić i przydusiła przepustnicę niemal do złamania drążka. Kobak wciągał ich pomiędzy dwie ogromne asteroidy będące na kursie kolizyjnym. Przestrzeń między nimi zamykała się niczym szczęki aligatora. Sai domyśliła się, że Kobak spędził sporo czasu w tym rejonie i zna teren lepiej, a w tej chwili sprawdza jej odwagę. Większość pilotów by odpuściło mając przed oczami wizję bycia przerobionym na mokrą plamę lub straciło czas próbując okrążyć oba ciała, podczas gdy pirat już by się dawno wymknął. Lubiła wyzwania i zamierzała zagrać w jego grę.


Powierzchnie planetoid były nieregularne, pełne licznych gór i rowów. Kobak zwolnił i zbliżył się do powierzchni jednej z nich by utrudnić celowanie. Pilotka wykorzystała to by go dogonić i być nieco ponad nim. Na ekranie celowniki w końcu uchwyciły pirata. Wciśnięcie spustu uwolniło pojedynczą wiązkę lasera, a Cobra zapaliła się na niebiesko oznajmiając uszczerbek tarcz. Pirat odbił w bok, ale Sai uprzedziła jego ruch i nie pozwoliła mu uciec. Kolejne trafienie. I jeszcze jedno.


Kokpit rozjaśniła kontrolka alarmowa o bliskości do czegoś twardego. Kontem oka dostrzegła ruch. Z prawej strony asteroidy już zaczynały się zderzać swoimi największymi wypukłościami. Spojrzała do góry i zobaczyła, że powierzchnia jednej z nich zaczyna być niebezpiecznie blisko. Obniżyła pułap i zrozumiała, że plan Kobaka zaczyna działać. Dawała radę manewrować między górami i kanionami, ale co raz więcej strzałów pudłowała im bliżej powierzchni musiała lecieć. Spojrzała na skan celu i zobaczyła, że zbiła mu ledwie połowę tarcz, które, co gorsza, zaczynały się znowu odnawiać. Kolejna kontrolka alarmowa rozświetliła kokpit, tym razem o nieuniknionym zderzeniu. Pomiędzy planetoidy nie docierało światło gwiazd i tylko szczęśliwym trafem w ostatniej chwili zauważyła wystający szczyt góry.


Zobaczyła pirata, który leciał bezpiecznie w przeciętnie szerokim kanionie. Zanurkowała za nim, żywiąc się nadzieją, że żadna wypukłość drugiej planetki nie wpasuje się w rynnę niczym brakujący kawałek puzzli. Kobak leciał z wyłączonymi światłami, ale sama nie zamierzała iść w jego ślady. Do miliona alarmowych kontrolek i sygnałów dołączyły reflektory oznajmiające jej, że szczepienie obu niewyrośniętych planet jest kwestią sekund. Pocieszeniem było to, że miała Cobrę jak na dłoni. Sai nacisnęła spust a kanion rozjaśnił się rozbłyskami trafianej tarczy.


- Cel otworzył ładownię - oznajmiła bezbarwnym tonem Astra.


W tej samej chwili nastąpiło zderzenie asteroid. Grunt dookoła zaczął się kruszyć, kanion zyskał najeżony nawisami dach, zaś do rynny, niczym woda, wlewał się gruz i pył ograniczając widoczność w zastraszającym tempie.


- Cel wyrzucił ładunek.


Sai zrobiła wielkie oczy. Wiedziała co to za ładunek.


- Zidentyfikowano ładunek. Mina zbliżeniowa. Cel wyrzucił kolejny ładunek.


Domysł wystarczył by wiedzieć, że następny prezent jest również miną, lecz Astra nie zdążyła tego potwierdzić. Pył, gruz i odłamki zasnuły całe pole widzenia. Większe kawałki wielokrotnie trafiały statek, co ukazywały alarmy i słabnące tarcze.


- Cała moc do tarcz, bo nas rozerwie! - wrzasnęła histerycznie pilotka.
- Wykonuję - odparła Astra tonem z jakim się podaje mleko z lodówki.


Pulsujące diody, powiadomienia i ostrzeżenia zmieniły wnętrze kokpitu w dyskotekę.


- Spróbuję nas utrzymać na samym środku w bezruchu. Może to przeżyjemy i żadna ściana się na nas nie zawali.


Komputer nic nie odpowiedział. Gdybanie nie leżało w jego zakresie. Informował za to na bieżąco o spadających osłonach. Osiemdziesiąt procent. Siedemdziesiąt procent. Pięćdziesiąt procent. Trzydzieści procent. Piętnaście procent.


- Wykryto eksplozję.
- Chyba odłamek poszedł w minę... Bo my jeszcze żyjemy.
- Semantyka czasownika "żyjemy" nie aplikuje się w kontekście biologicznej egzystencji względem mojego systemu. Ja nie umrę. Ty, kapitanie, tak.


Sai otworzyła usta do komentarza. Sai zamknęła usta bez komentarza. Machnęła ręką i spojrzała na stan tarcz. Jedenaście procent i rozpoczęła się właśnie procedura odnowy. Kontrolki nadal mrugały jak stroboskop, lecz zignorowała je i odważyła się unieść statek. Wypływając minimalnie ponad mgłą pyłu zobaczyła, że planetoidy oddalały się od siebie po zderzeniu. Odetchnęła z ulgą.


- Namierz Hackleberry'ego.
- Lakon Type-9, dowódca jednostki David Hackleberry. Ostatnia znana pozycja kapitana znajduje się w odległości pięćdziesięciu dwóch kilometrów.


Łowczyni nie zdawała sobie sprawy jak bardzo się oddaliła od klienta. Co gorsza, zrozumiała, że nie ma najmniejszej pewności, czy Kobak działał sam. Zawróciła pędząc na złamanie karku.


- Hackleberry, zgłoś!


Powtarzała komunikat wielokrotnie, lecz odpowiadała jej tylko cisza. Gdy dotarła na miejsce, radar nie pokazywał ani jednego kontaktu. Nie znalazła nic. Ani statku, ani nawet jego wraku. Panicznie krążyła pośród asteroid w poszukiwaniu czegokolwiek. Czekała na nią tylko pustka, nie licząc dryfujących asteroid.


Zdarła kask i rzuciła go na podłogę. Oparła łokcie o deskę rozdzielczą i schowała twarz w dłoniach, na całość spuszczając zasłonę czerwonych dredów. Myślała gorączkowo. Może zrobiono mu abordaż? Czekali aż da się zwabić i ruszy w pościg za Kobakiem, a tymczasem porwali cały statek z towarem i uciekli? A może zwyczajnie spanikował i sam skoczył do najbliższego znanego systemu?


Zapaliła papierosa wkładając go głęboko za wargę, by móc dłońmi swobodnie sterować statkiem. Obróciła Eagle'a i ruszyła w stronę najbliższej krawędzi pasa asteroid.


- Astra, nadaj komunikat do szefostwa, że straciłam kontakt z Hackleberrym. Podaj pełną sygnaturę jego statku i spytaj czy mieli z nim jakikolwiek kontakt.
- Wykonuję.
- I przygotuj nas do skoku, tylko wylecę poza blokadę masy. Za dużo asteroid i przyciąganie przeszkadza.
- Jaki cel skoku mam ustalić?
- Najbliższy system Federacji.


***


Odpalała papierosa za papierosem gorączkowo myśląc w oczekiwaniu na odpowiedź z ostatniej stacji w systemie czy Hackleberry u nich zawitał. Nie było zbyt wiele portów, na jakich Dziewiątka byłaby w stanie wylądować ze względu na swój rozmiar, ale sam zasięg na jaki mogła skoczyć skutecznie tę listę wydłużał. Problem się komplikował bardziej, gdy stacje odmawiały w ogóle dzielenia się informacjami z łowcami nagród, którym tak po prawdzie, nie przysługiwały żadne większe przywileje. W międzyczasie wysłala dwa komunikaty bezpośrednio do górnika, więc jeśli znajdował się w pobliżu cywilizacji, albo chociaż boi nawigacyjnej, powinien je już odebrać i wrócić z płaczem zgubionego dziecka. Z każdą chwilą bardziej skłaniała się do myśli, że nie udało mu się uciec i oboje wpadli w zasadzkę, w której zgubiła ich głupota Sai.


Wpatrywałą się w mapę galaktyki i manipulowała wynikami dodając kolejne filtry. Skupiła się na dużych portach, posiadających chociaż jedno lądowisko zdolne zmieścić Lakona Type-9 w obrębie maksymalnie dwóch skoków tego giganta.


- Czemu ten skurwiel musi mieć taki zasięg nawet z pełną ładownią...
- Lakon Type-9 posiada tak daleki zasięg ze względu na cel w jakim został...
- Astra, to było pytanie retoryczne. Usuń systemy o małym lub znikomym ruchu. Odstawałby jak świeczka w dupie, więc na pewno go tam nie zabrali.
- Wykonuję.


Kilkanaście punktów zgasło na trójwymiarowej mapie.


- Nadal pierdyliard.


Wpatrywała się w świecące punkty na mapie szukając jakiegokolwiek zaczepienia.


- Nadeszła nowa wiadomość - przerwała zadumę Astra.


Sai kliknęła panel spodziewając się kolejnej odmowy odpowiedzi ze stacji. Ku jej zdziwieniu, wiadomość pochodziła od jakiegoś Jamesa Obitwella.


"Czuję się bardzo rozczarowany zaistniałą sytuacją, jaką Pani spowodowała niedopełniając swoich obowiązków. Jak na osobę o tak wysokich kwalifikacjach, wykazała się Pani godnym pożałowania zaniedbaniem wymuszającym pociągnięcie do odpowiedzialności. Pani Nadio, proszę o jak najszybsze spotkanie w celu ustalenia dalszych obowiązków.


Z poważaniem, specjalista ds. bezpieczeństwa Galactic Reserves Corp., James Obitwell"


- "Pani Nadio" - powtórzyła na głos.
- Przygotować odpowiedź zwrotną o pomyleniu adresata?
- Nie, Astra. Nie trzeba.


Uśmiechnęła się sama do siebie kręcąc głową.


- Wprowadź załączone koordynaty. Jak chcą tracić czas na bezmyślne pokazy siły i "ustalanie dalszych obowiązków", ich sprawa.
- Przyjęłam. Wyznaczono kurs na Beta Hydri.
- Przywróć mapę w międzyczasie i połącz mnie z Chekovem po skoku. Mam pomysł.


***


- Sai, czy ty aby podczas którejś turbulencji główką nie pizdnęłaś o coś? - zaburczał głośnik pokładowy. - A może twój komputer pokładowy ci się zbuntował i masz za mało tlenu?
- Panie Chekov, moim celem nadrzędnym jest dbanie o życie swojego pilota. Odcinanie tlenu jest sprzeczne z moim priorytetem. Kapitan tego okrętu nie doświadczył również żadnych urazów czaszki w ostatnim czasie.


Sai zachichotała przerywając przeglądanie szafy.


- To może jakiś uraz z przeszłości się odzywa? Nie wiem, pierwszy skok na bungee jak cię lekarz na pępowinie upuścił? Takie rzeczy wychodzą nawet po latach.
- Czoko, po prostu to zrób.
- Wiesz, że jeśli skontaktuję się z jakimkolwiek oficerem imperium i dowiedzą się, że nadal żyjesz, to wyślą za tobą całe...
- Już wiedzą.


Chekov był człowiekiem znanym z dwóch rzeczy. Jedną była zdolność załatwiania dostępu do niemal wszelkich informacji, tudzież ich przekazywania za drobną opłatą. Drugą była wiecznie kłapiąca jadaczka. Teraz dla odmiany zaniemówił.


- Coś ty odpierdoliła?
- Ktoś próbował kopać w mojej przeszłości. Pewnie z próbką DNA i kilkoma wtyczkami doszperał się moich akt...
- I samym otwarciem oflagował cię równo.
- Dokładnie. Pewnie właśnie ktoś dostał awans za zauważenie tego i w rubryczce "zaginiona" wpisano już "dezerter".
- Nie wyślą najpierw kogoś by to sprawdził?
- Nie wiem, ale wolę być przygotowana. Dlatego właśnie masz się skontaktować z Milesem.
- Pełne dane jeszcze raz...
- Kapitan Miles Gawker, z okrętu Duma.
- Kretyńska nazwa. Jaka miała być wiadomość?
- Nadia Dervih, zero-zero-trzy-kilo-alfa-zero. Spotkanie Galia, 3 kwietnia, godzina czterysta.
- Nie można po ludzku, że czwarta rano?
- Zapisałeś dokładnie jak dyktowałam?
- Tak. Co to za system Galia?
- Nie system. Będzie wiedział o co chodzi.
- Dobra, to wszystko?
- Nie zapomnij o logach z tych boi nawigacyjnych co wysłałam. Potrzebuje konkretnie numerów identyfikacyjnych statków i godzin o jakich tam były.
- No a co więcej niby z nich jeszcze można dostać...


Sai parsknęła.


- To chyba się zainteresuję czym dokładnie się te boje zajmują.
- To wszystko. Z góry dzięki.
- Ty mi nie dziękuj, od czego są pieniądze.


Zakończyła szyfrowane połączenie i wróciła do szafy. Westchnęła.


- Astra, jest jakiś konkretny dress code pod "jestem gotowa na opierdol od kogoś z przerostem ambicji i dużymi kompleksami"?
- Według informacji znalezionej w Galnet, poleca się ubiór formalny z odrobinę większym dekoltem w celu rozproszenia uwagi.
- Dzięki.


***


Czekali na nią zaraz po wylądowaniu na planecie. Kordon składający się z czterech nych panów z obolałymi od stania nogami otoczył ją ciasnym wianuszkiem i zgrabnie eskortował do luksusowego Brandera - samochodu pionowego startu dla bogatych.


Nie była pewna, czy po wczytaniu się w akta zdali sobie sprawę, że nie mają w ręku byle łowcy nagród, czy też sami próbują pokazać z kim ona ma do czynienia. Po sposobie daleko odbiegającym od traktowania jej jako vipa przez ochronę, przychylała się bardziej do drugiej opcji.


Zawisnęli nad dachem jednego z najwyższych budynków w mieście, składającego się z trzech wież różnej wysokości. Przelatując obok widziała iż wieżowce połączone są ze sobą na różnych piętrach szklanymi korytarzami, zaś na ogromnym placu dookoła nich ludzi było więcej niż w mrowisku. Stały tam też jakieś posągi, ale nie skupiła na nich uwagi. Dach otworzył się niczym wielka paszcza i pozwolił wylądować na krytym parkingu. Zaprowadzono Sai do windy, by zjechać kilkanaście pięter niżej, a następnie przeprowadzić ją przez szereg bliźniaczych korytarzy z zamkniętymi drzwiami i kontrolą dostępu co kilka kroków, by finalnie zakończyć podróż w niewielkim biurze z dwoma mężczyznami.


Omiotła pomieszczenie spojrzeniem. Okno z widokiem na miasto zajmowało całą jedną ścianę. Przed nim, prostopadle stały dwa różniące się od siebie biurka. Mniejsze, zawalone papierami i klaserami, drugie większe, bardziej zdobne, za którym siedział łysy, starszy i tęgi mężczyzna przeglądający, jak zauważyła, jej akta. Oprócz tego mała kanapa, stoliczek z kawą i dwoma fotelami po jego drugiej stronie. Jeden z nich był zajęty przez chudego, szpakowatego mężczyznę, który właśnie wskazywał Sai miejsce.


Strzepnęła swoją czarną marynarkę z niewidzialnego pyłu i usiadła na kanapie zakładając nogę na nogę. Trochę zganiła się w myślach za wybór spodni zamiast spódniczki, ale pod ręką miała jedynie te z kategorii zdzirowatych. Mężczyzna bezceremonialnie obejrzał ją od góry do dołu, zawieszając wzrok na dekolcie. Przez chwilę myślała, że próbuje ją wyprowadzić z równowagi jak profesjonalny kadrowiec, jednak czar prysł gdy tylko otworzył usta.


- Zdaje sobie pani sprawę, jak bardzo spieprzyła sprawę?


Maniera by się przedstawić najwyraźniej umarła. Sai przyjrzała mu się dokładnie. Dobijał może trzydziestki, więc był zdecydowanie młodszy od niej. Prawdopodobnie nie wziął pod uwagę, że jej wygląd dwudziestolatki jest efektem operacji. Przez chwilę myślała, że sam być może się takowym poddał, jednak za długie i niedopasowane ubranie twierdziło, że zwyczajnie go nie było stać. Był przeraźliwie chudy, niemal chorobliwie, z podkrążonymi i przekrwionymi oczami. Najwyraźniej żywił się tylko kawą, którą właśnie siorbał w najlepsze.


Przekrzywiła zaczepnie głowę nic nie odpowiadając. Zakręciła stopą w szpilce jak poirytowany kot ogonem.


- Nie. Nie zdaje sobie pani sprawy. Miała pani jedno i tylko jedno zadanie. Upewnić się, że transport skał dotrze z punktu A do B. Tylko tyle. Jak na byłego wojskowego, to chyba nie były wielkie wymagania, prawda? Chociaż, zapominam się. Jako wojskowy też pani spieprzyła sprawę.


Patrzyła na niego znudzonym spojrzeniem, nie zmieniając pozycji.


- Zamierza się pani jakkolwiek wytłumaczyć?


Pochyliła się i nalała sobie kawy. Upiła łyk i odstawiła na stolik.


- Ma pan rację.
- W czym konkretnie?
- Że się pan zapomina.


Tęgi mężczyzna na drugim końcu pokoju lekko drgnął, ale nie odwrócił głowy. Szpakowaty natomiast błyskawicznie spurpurowiał.


- Jak śmiesz?!
- Jak rozumiem, to właśnie pan mnie zatrudnił, ale nie z własnej decyzji, bo działa pan według schematu. Wypłata od - do. Ani jednego kredytu więcej. Przeciętnych łowców nagród, takich których można spisać bez ryzyka na straty. Wpisujących się w schemat. Nie pasuję tu zupełnie, i oboje o tym wiemy. Przyjął mnie pan z polecenia wyżej, kogo sam pan skompromitował. Kogoś, komu mam teraz uratować twarz.
- Że co?! - Obitwell przyjmował co raz to inne kolory.
- Pan zatwierdził przyjęcie Terryego Kobaka, prawda?


Zacisnął zęby. Zabrakło mu odpowiedzi.


- Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, może darujemy sobie tę beznadziejną grę wstępną. Nie jestem kolejnym górnikiem, do których zapewne pan przywykł. Postraszyć głodem, zwolnieniem albo wilczym biletem może pan osoby, które pracują by żyć. Mnie przyjęto tylko po, bym upolowała Kobaka. Bym wymierzyła karę i uratowała honor. Mylę się?
- Zupełnie nie potrafi się pani dostosować do zasad. Dlatego pani wywołała bunt na pokładzie swojego okrętu podczas bitwy? I dlatego zastrzeliła pani swojego kapitana?
- Nie. Bo był skończonym kretynem - ponownie przekrzywiła głowę. - Trochę mi go pan przypomina.


Obitwell wziął głęboki wdech do kolejnego ryknięcia, lecz nie zdążył nic powiedzieć.


- James, idź zaparz nowej kawy.


Łysy miał bardzo niski, lecz spokojny głos. Zdanie wypowiedział też tonem, jakby kazał dziecku iść do pokoju, ale nie chciał zbytnio dawać znać jak bardzo jest już męczące.


Obitwell wstał bez słowa i wyszedł, nieco za mocno zamykając drzwi. Trzask sprawił, że Sai uśmiechnęła się jak dumna kotka. Obserwowała jak pozostały mężczyzna wraca do pierwszej strony akt, wstaje i ponownie siada, tym razem na wprost niej.


- Nadia Dervih, urodzona jako córka niewolnicy na Paleusie, wówczas raczkującej industrialnej kolonii. Musiało być ciężko, prawda?
- Przeżyłam.
- To widzę. I charakter też pani zachowała. A może to efekt treningu?
- Nie dosłyszałam pańskiego nazwiska.
- Robert Dafton, jestem szefem bezpieczeństwa działu rozpoznawczego.
- Czyli to pana skompromitowano.


Uniósł wzrok znad kartek.


- Owszem.
- Jest pan bardzo staromodny używając papieru - zauważyła.
- Łatwiej się go pozbyć. Nie tak jak przeszłości. Z tego co czytam, ma pani... pięćdziesiąt sześć lat?
- Zgadza się.
- A więc jesteśmy rówieśnikami. Domyślam się, że pani uroda jest efektem rozkazu, prawda?


Roześmiała się.


- Dziwnie to brzmi, jak pan tak mówi, ale tak. Po zaciągnięciu się do wojska, jak odbyłam już swoje w piechocie i przeniosłam się do marynarki, zostałam wyselekcjonowana do parady, a potem wyborów miss floty. Ot, przypadek.
- Wygrała je pani?
- Wybory miss? Nie. Córka oficera. Ale chociaż dobrze mnie dzięki temu zakonserwowano.


Uśmiechnął się sympatycznie.


- Skąd w ogóle pomysł na wojsko?
- A co innego mogła robić córka niewolnicy?
- Pracować w fabryce.
- Nie na moje nerwy.


Przerzucił kilka kartek.


- Co dokładnie się wydarzyło na pokładzie Cezara?
- To co ma pan tam napisane. Zastrzeliłam kapitana okrętu.
- Wolę usłyszeć pani wersję.


Czyli nie kopaliście wystarczająco głęboko. Dobrze, pomyślała.


- W bitwie o Hawelius, między Imperium a Federacją, mieliście znaczącą przewagę. Cezar, na którym służyłam, pełnił rolę okrętu flagowego, mimo że był tylko fregatą. Większość naszych sił została wycofana po wcześniejszych bitwach i nikt nie przewidywał tak rychłego kontrataku. Dowódca wolał zginąć i zabrać ze sobą wszystkich żołnierzy, niż widnieć na kartach historii jako tchórz zarządzający odwrót. Więc pozbawiłam go dowództwa i jako druga najwyższa stopniem rozkazałam się wycofać.
- Opinie o pani w Imperium są podzielone.
- Wiem. Jedni mają mnie za bohaterkę, która własnym ciałem osłoniła uciekające jednostki, drudzy za zdrajczynię która zabiła dowódcę i oddała Hawelius w bitwie, którą mogliśmy wygrać.
- Ma się pani za bohaterkę?


Wzruszyła ramionami.


- Dostaliśmy w silnik, wirowaliśmy do porzygu aż przerobiliście nas na sito. To, że faktycznie osłoniliśmy odwrót, to był przypadek i wina łapczywych federalnych. Rzucili się jak sępy na padlinę, walcząc o to komu przypadnie zestrzelenie okrętu flagowego.
- Co było dalej?
- No, umarłam.
- To wersja oficjalna. A co było naprawdę?
- Jakiś wasz okręt przechwycił moją kapsułę ratunkową i kilku moich ludzi. Jakiś transportowiec o nazwie Miecznik, ale nie jestem pewna. Wzięli nas jako jeńców.
- W żadnym raporcie nie mam o tym wzmianki.
- Bo nie zdążyli nadać tego reszcie floty. Ludzie, z którymi mnie pojmano to komandosi o nieco lepszym wyszkoleniu niż przeciętni federalni stójkowi na okrętach. Wysadziliśmy statek i nim ktokolwiek się zorientował, uciekliśmy w Condorach na powierzchnię planety. Jak się uspokoiło, zwialiśmy jak najdalej.
- Z tego co pamiętam, Miecznik eksplodował w wyniku odniesionych ran w bitwie. Podobno dostał trafienie w swoją elektrownię.
- Dokładnie tam podłożyliśmy pierwszy ładunek.
- Co z resztą oddziału?
- Nie mam najbledszego pojęcia.
- Kłamie pani.


Wzruszyła ramionami.


- Nie chcę pana poganiać, ale z każdą minutą jaką tu spędzamy, Kobak się oddala.
- Racja. Ma pani jakiś plan działania?
- Tak, ale potrzebuję wolnej ręki.


Zmarszczył brwi.


- Proszę przedstawić ten plan.
- Przedstawiam efekty, nie plany. I tak będzie wystarczająco skomplikowany, biorąc pod uwagę, że już zaalarmowaliście imperium moim istnieniem - skinęła w stronę trzymanych przez Daftona papierów.
- Jak szybko jest w stanie go dopaść?
- Bez odzyskiwania złota? Kilka dni.
- Nie interesuje mnie złoto, tylko on. Żywy lub martwy.
- Tak myślałam.
- Ostatnie pytanie jeszcze.
- Słucham?
- Pani stan zdrowia... jak duży miał wpływ wtedy na incydent na Cezarze?
- W jakim sensie?
- Ma pani w aktach wpisaną chorobę afektywną dwubiegunową.
- Nie mam.
- Jest wpisane podejrzenie, przez psychiatrę okrętowego na Cezarze. I skierowanie do specjalistycznych badań.
- Moje humory nie miały nic do rzeczy w związku z zastrzeleniem dowódcy.
- Na pewno?
- Na pewno. Po prostu nie miałam nic słodkiego.


Wyszczerzyła się błyskając przy tym oczami, niczym prawdziwa psychopatka. Odpowiedział delikatnym uśmiechem. Bardzo, bardzo wymuszonym uśmiechem.


Zaproponowali jej odwiezienie na lotnisko, lecz odmówiła. W planach miała jeszcze jedno spotkanie, toteż pod eskortą już tylko dwóch ochroniarzy odprowadzono ją przez budynek, na plac z posągami. Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się wykutym w kamieniu facjatom liderów politycznych Federacji, spośród których najbliżej wejścia znajdował się świeżo obrany na prezydenta Zachary Hudson, zaś obok jego zaginiona poprzedniczka Jasmina Halsey. Do tej pory nie odkryto prawdziwej przyczyny zaginięcia jej statku, zaś rządowe komentarze umniejszające tragedię do roli "awarii silnika przy skoku" jedynie podsycały teorie spiskowe. Nie umknął uwadze Sai fakt, że zdecydowanie brakowało figury Felicii Winters. Jak na korporację zajmującą się rezerwami złota, najwyraźniej nie darzyli sympatią stawiającą na silną ekonomię personę z gabinetu cieni. Preferencja dążącego na każdym kroku do wojny Hudsona dziwnie świadczyła o firmie. Łowczyni uśmiechnęła się sama do siebie na myśl jak bardzo polityka i korporacje żyją w symbiozie. Włączyła holograficzny PDA na przedramieniu i wyjmując papierosa sprawdziła dojazd do miejsca, gdzie miał czekać na nią Chekov.


- Tu nie wolno palić!


Zgromiła spojrzeniem siedzącego na ławce korporacyjnego urzędnika, mającego czelność odebrać jej przyjemność. Schowała papierosa i stukając obcasami ruszyła przed siebie. Nim dotarła na miejsce, odwiedziła kilka sklepów z ciuchami, cukiernię, a nawet salon samochodowy. W żadnym nic nie kupiła, ale chciała zmęczyć swoich obserwatorów i nieco wyprowadzić z równowagi pracodawcę. Początkowo prawie była zawiedziona, że nikt jej nie śledził i niemal zrezygnowała z profilaktycznego kluczenia, aż w końcu jej ogon popełnił błąd i zniecierpliwiony wszedł za nią do sklepu by sprawdzić czy się nie wymknęła bokiem. Zdradzili się głupią pomyłką, toteż postanowiła zabawić się ich kosztem. Nie lubiła być kontrolowana, a skoro sami zmarnowali tyle czasu ściągając ją na tę planetę, niech teraz się denerwują. Jej się nie spieszyło, zwłaszcza że złoto nie było już priorytetem. Zgodnie z jej przewidywaniami, Galactic Reserves nawet nie odczuło braku jednej Dziewiątki wypchanej po brzegi złotem, która zapewniłaby życie w luksusie przeciętnemu człowiekowi i jego kolejnym dwóm pokoleniom. Chodziło o rzecz dużo bardziej trywialną - honor i dumę. Kobak nadepnął im na odcisk i, co gorsze, mógł wywołać lawinę podobnych mu przypadków. Korporacja tych rozmiarów, sterująca na dobrą sprawę polityką Federacji, nie mogła sobie na to pozwolić. Jak na ironię, do zrobienia przykładu z wkurzającego pirata wybrali jeszcze bardziej wkurzającą łowczynię.


Po drugiej wiadomości od Chekova i około dwóch godzinach maltretowania śledzących, ruszyła na miejsce. Czoko okazał się wisienką na torcie wyprowadzania z równowagi obserwatorów wynajmując stolik w Crystalu, restauracji dla obrzydliwie bogatych, do której kolejki trwały miesiącami. Biedni chłopcy z powodu braku faktycznych uprawnień policyjnych i gotówki mogącej kogoś przekupić, zwyczajnie odbili się od drzwi. Sai z rozbawieniem obserwowała małą awanturę przed wejściem, po czym zniknęła im z oczu we wnętrzu sali.


- Masz szczęście, że jesteś taka ładna, inaczej bym tyle nie czekał.
- Ciebie bym przecież nie wystawiła.
- Taaak... Kelnerzy już mieli dobry ubaw, że mi randka nie przyszła - rzucił z przekąsem gdy się wygodnie rozsiadła.


Chekov charakteryzował się z twarzy zupełnie niczym. Miał perfekcyjną urodę do wtapiania się w tłum. Delikatnie zaokrąglone rysy, niewyróżniające się oczy, żadnych znaków szczególnych, dwudniowy zarost i krótko przystrzyżone włosy. Do tego jeszcze starzał się w taki sposób, że jedni dawaliby mu zadbane sześć krzyżyków na karku lub zmęczone życiem trzy. Jeśli kiedykolwiek w wiadomościach jakiś rysownik umieściłby jego portret pamięciowy, czwarta część populacji wszechświata wylądowałaby na przesłuchaniach.


- Co mamy w menu?
- Na przystawkę Miles, w bardzo dobrym sosie. Podany punktualnie.
- Brzmi apetycznie. A danie główne?
- Jeszcze się piecze, ale będziesz zadowolona. Nim tu skończymy, powinno się już przetrawić i będziesz mieć wszystkie logi na statku. Z ciekawości, jak wybrałaś te systemy?
- Zawęziłam wyszukiwanie do tego gdzie Kobak z Hackleberrym mogli razem skoczyć.
- Dlaczego razem?
- Bo się obaj dogadali, a Kobak musiał przypilnować by ten cykor nie zmienił zdania.
- Skąd to wiesz? - spytał z nieukrywanym zdziwieniem.


Odłożyła menu i uśmiechnęła się.


- No, mów. Ukaż geniusz w całej swej okazałości - karykaturalnie wzniósł ręce jak do modłów.
- Było to tak proste, że jestem aż zła na siebie. Powinnam od razu na to wpaść. Kobak zaplanował całą akcję od początku. Nie był tam po to, by zabrać towar dla siebie. Ładownię miał zapchaną minami, więc nic więcej by nie wcisnął, nawet drobniaków. A chciał wszystko. Nie był tam też, by robić abordaż, bo nie miał ze sobą ludzi. Wziął tylko i wyłącznie rakiety, co by postraszyć Hackleberryego, jakby nie posłuchał.
- Skąd pewność, że nie miał tam nikogo więcej? Mogli poczekać aż odlecisz, wyskoczyć, ura-bura, przez łeb szczura i przejąć statek.
- Wtedy nie cackali by się ze mną, tylko spróbowali odstrzelić od razu. Nim daliby radę unieruchomić Dziewiątkę, mogłabym zawrócić, odpuścić przykładowo Kobaka. Wejście na pokład, szybkie łatanie silnika by znowu ruszył albo przeładunek... Za dużo czasu. I za dużo ludzi. Myślisz, że Kobak by się chciał dzielić?
- Mógłby odstrzelić ich po wszystkim.
- I tak pewnie zrobi.
- Zaraz... co? Przecież mówiłaś, że nikogo nie wynajął.
- Hackleberry już pewnie nie żyje.


Chekov zamyślił się na chwilę.


- No, tak. Problem do usunięcia.
- I jego tragarze prawdopodobnie też.
- Jacy tragarze?
- Kobak wie, że szukamy tej Dziewiątki. Gdziekolwiek się w nim pojawi, pieprznie sobie jeden wielki celownik na głowę. Musiał opłacić kilku chłopa z mniejszymi statkami by przewieźli całość do kryjówki. Haulery byłyby idealne. Pakowne, tanie i nie zwracają uwagi.
- Ma to sens. A jak dalej zawęziłaś obszar?
- Od tego co mi zostało odjęłam systemy Federalne i wszystkie te gdzie można spotkać ludzi Delaine'a.
- Archona Delaine? Króla piratów?
- Dokładnie.
- Ale czemu? Przecież, był jednym z nich.
- Był.


Popatrzył na nią spode łba. Uśmiechnęła się tajemniczo w odpowiedzi.


- Zajmuję się informacją, a teraz mam wrażenie, że jestem w niedoczasie. Czego nie wiem?
- Delaine chce obedrzeć żywcem Kobaka ze skóry. News w miarę świeży, mogło do ciebie nie dotrzeć. Nasz mały pirat robił od dłuższego czasu dużego pirata w jeszcze większego wała. Nie dzielił się zyskami, a to coś utajał...
- A dobry król to sprawiedliwy król. Nie dziwię się, że próbuje zaszyć się jak najgłębiej się da. Wkurwił chyba każdego kogo się da.
- I myśli, że jest cwańszy jak ładniejszy.
- No jak na razie, to mogę to powiedzieć tylko o tobie.
- Ty mi tu nie słodź, tylko zamów coś w końcu bo umieram z głodu.
- Skoro o słodzeniu mowa, co z deserem?
- Zamontowałam pluskwę pod stołem, ale większych rewelacji się nie spodziewam. Bateria w niej wystarczy na jakieś trzy dni, ale wszystko co będą mieli sensownego do powiedzenia, padnie pewnie dzisiaj. Obitwell to szeregowy idiota. Dafton, szef bezpieczeństwa działu rozpoznania, chyba nie do końca wie co ze mną zrobić.
- Boi się, że jesteś szpiegiem?
- Tak mi się wydaje.
- No jak znajdzie pluskwę, to raczej będzie pewien.


Machnęła ręką.


- Nie znajdzie, zresztą nie ma powodów. Według niego jestem ukrywającą się przed całym Imperium wariatką za zabójstwo dowódcy okrętu podczas bitwy. Grozi mi sąd i egzekucja. Tyle.
- Myślisz, że będzie chciał cię zwerbować?


Wzruszyła ramionami.


- Gdzie ten kelnerzyna?




***


Lubiła patrzeć na swój statek, gdy ten lśnił w słońcu. Traktowała to wręcz jak przyjemny obowiązek do odhaczenia przy papierosie gdy lądowała na jakiejkolwiek planecie. No i przy okazji doprowadzało tym do szewskiej pasji swoich obserwatorów z działu bezpieczeństwa Galactic Reserves Corporation. Może i bym im odpuściła, pomyślała, gdyby byli milsi wcześniej. Skoro traktowali ją jak popychadło, to niech im teraz nogi odpadają od stania.


Dopaliła któregoś z kolei papierosa, zabrała marynarkę z ławki i ruszyła w stronę Eagle'a. Astra automatycznie otworzyła ładownię wpuszczając właściciela do środka, który w pierwszej kolejności zajął się przebraniem.


- Ile osób było na pokładzie? - spytała ściągając ubranie.
- Czterech mężczyzn i jedna kobieta.
- Gdzie grzebali?
- W ładowni zamontowali urządzenie namierzające oraz rejestrator danych w komputerze centralnym. Rejestrator został przeciążony zgodnie z procedurą.
- Zuch dziewczyna. Na zewnątrz nic nie montowali?
- Nie, kapitanie.
- Przypomnij mi byśmy nadajnika pozbyli się zaraz po skoku.
- Przyjęłam.


Gdy przebrała się w kombinezon pilota, ruszyła na swój fotel spinając włosy w jeden warkocz dredów. Kliknęła parę razy w pulpit i otworzyła dane przesłane od Chekova. Przed oczami pokazały jej się całe rzędy numerów statków przybywających i wylatujących z wąskiego zbioru systemów wraz z godzinami i współrzędnymi docelowych systemów. Zacisnęła powieki na widok tego mrowia cyfr.


- Astra, nanieś na mapę systemy na których był Kobak i Hackleberry.
- Wykonuję.


Po kilku sekundach gwiezdna mapa na panelu rozświetliła się kreskami łącząc różne systemy. Obraz był zdecydowanie czytelniejszy niż ściana numerów, ale dalej niewiele z niego wynikało.


- Daj chronologicznie i oznacz Kobaka czerwonym, drugiego na zielono.


Systemy zaczęły mieć kolorowe obwódki i dodatkowo w ich rogach pojawiły się indeksy z numerami, oznaczające kolejność wizyt. Zauważalne było, iż oba statki trzymały się razem do pewnego momentu, a następnie już leciał tylko sam Kobak.


- Czemu ten ostatni system jest oznaczony przerywaną linią?
- W dostarczonych danych zarejestrowano skok w jego kierunku. Nie dostarczono jednak danych z boi nawigacyjnej tego systemu.
- Fakt, nie prosiłam o nie, bo są już na terenie Delaine'a.


Zamyśliła się przypalając bezwiednie kolejnego papierosa.


- Po cholerę on tam leciał...


Mówiąc do siebie, obracała mapę w każdą stronę. Powiększyła system i przeczytała jego opis, nie znajdując nic ciekawego. Oddaliła i spojrzała na sąsiednie szukając punktu zaczepienia.


- Chyba wiem. To są peryferia i tereny wypadowe. Ludzi Delaine'a jest tam mało, a sam się tam czuje na tyle bezpiecznie, że pewnie ma jakąś kryjówkę... Zresztą... - oddaliła mapę i wróciła do punktu w którym z mapy zniknął Hackleberry. - Wyświetl mi czas ich wlotu i wylotu z systemu. Podaj różnicę.
- Różnica w przypadku Terryego Kobaka wynosi cztery godziny i dwanaśnie minut. David Hackleberry nie opuścił tego systemu.
- Przynajmniej do czasu zebrania danych. Cztery godziny to trochę mało na przeładowanie Dziewiątki. Zdecydowanie za mało. W tym czasie, to mogli najwyżej dolecieć do stacji, chwilę pogadać i Kobak zebrał się po kumpli albo zostawił im robotę... Nie, nie zostawiłby ich bez nadzoru. Dopiero po nich poleciał i przywiózł tu na rozładowanie. Dopiero wtedy zabrali towar do kryjówki która jest.... - przesunęła mapę w stronę systemu nieznajdującego się w danych - gdzieś tutaj. Mam rację?
- Moje oprogramowanie nie jest przeznaczone do stwarzania teorii, kapitanie.
- Przecież często tworzysz teorie, podajesz procentowe szanse i tak dalej.
- Rachunek prawdopodobieństwa nie jest teorią. Opiera się na szacunkowych danych...
- Dobra, dobra - machnęła ręką. - Zabierajmy się stąd.
- Proszę o wprowadzenie koordynatów.
- Tu! - wskazała przebijając palcem hologram z mapą w miejscu gdzie dwa statki się rozdzieliły - System Nisgayo.
- Przyjęłam. Wykonuję sekwencję startową.




***




Czas między skokami do poszczególnych systemów dłużył się. Dla rozproszenia myśli włączyła portal społecznościowy, w którym już czekało na nią powiadomienie.


> Fifi M. napisała:
>> Królewski widok, królewski apartament... Wszystko dla Królowej Świata!


Do wpisu dołączone było zdjęcie ślicznej dziewczyny o brązowej karnacji z czarnymi włosami do szczęki, ubranej w czarną suknię wieczorową o wyzywającym dekolcie do pępka. W dłoni trzymała kieliszek szampana stojąc na tle olbrzymiego, nowoczesnego mieszkania z gigantycznym oknem wychodzącym na metropolię. Prawdopodobnie był to jakiś drogi apartament w wieżowcu, a wnioskując po widoku, zapewne w okolicach setnego piętra.


> Ron Webber skomentował:
>> Panna nadal na wydaniu mam nadzieję?
> Owen Miles skomentował:
>> Zaraz Trocki będzie jeszcze chciał pucować Twój "tron".
> Jego Zajebistość Robert Trocki skomentował:
>> Owen - spier... Fifi - Czyściłbym <3


Sai zachichotała mając w pamięci niedawny krok w karierze Trockiego. Chwyciła klawiaturę i dopisała coś od siebie.


> Sai A. skomentowała:
>> Zazdroszczę. Tak. Mocno. Suko. <3


Zamknęła okienko i spojrzała na odczyty na innych panelach. Zostało jej jeszcze trochę czasu do ostatniego skoku. W docelowym systemie Nisgayo, który sprawdziła więcej razy niż potrafiła zliczyć, była tylko jedna stacja do odwiedzin, Bosch City. Cieszyła się średnim ruchem i potrafiła pomieścić Dziewiątkę. Co więcej, należała do neutralnego konglomeratu firm nie będących ani konkurencją dla Galactic Reserves Corporation, ani nawet zajmujących się przewozem złota, więc uciekinierzy nie wzbudziliby niczyjego zainteresowania. Pasowało do profilu idealnie.


Pilotka przeciągnęła się jak kotka i położyła nogi na desce rozdzielczej, zaś głowę wygodnie umościła między zagłówkiem fotela a swoim ramieniem.


- Obudź na pięć minut przed skokiem - mruknęła.


***


- Mogliby się już pospieszyć i wymyślić skoki z większą dokładnością a nie byle do gwiazdy - warknęła Sai obracając się statkiem od oślepiającego światła.
- Istnieją odmienne teorie dotyczące podróży, przykładowo wykorzystujące studnie grawitacyjne gwiazd, na których podstawie punkty wejścia i wyjścia do systemów znajdowałyby się w wielu miejscach w przestrzeni. Opiera się to na grawitacji względem centrum całej galaktyki i jej ruchu...
- Astra, to było pytanie retoryczne. I sprawiasz, że czuję się głupia.
- Przepraszam, kapitanie.
- Złap kurs na Bosch City.
- Wykonuję.


Stacja krążyła na orbicie niewielkiej, skutej lodem planety. Częsta praktyka ze względu na braki wody we wszechświecie, czy to w podróży, czy to na stacjach. Filtracja i jej recykling były czymś oczywistym w takich warunkach, ale jeśli nie miało się jej nawet do tego celu - z pustego i Salomon nie naleje. System należał do tych zajmujących się wysoko wyspecjalizowaną techniką, toteż woda była tu stosowana również jako chłodziwo fabryk.


- Tysiąc pięćset megametrów do punktu docelowego.
- Zwolnij do trzydziestu procent przy podejściu.


Sai obróciła się na fotelu poprawiając pasy. Domknęła popielniczkę i przełknęła mocno ślinę.


- Tysiąc megametrów do punktu docelowego i maleje.
- Wyskok.


Świat rozmazał się za szybą jakby światło ich wyprzedziło zostawiając za sobą smugi. Gwałtowne przeciążenie przy hamowaniu rzuciło Sai jak szmacianą lalką na pasy do przodu, by po chwili uderzyć nią spowrotem w fotel. Zwolnienie z nadświetlnej, która jest prędkością do podróży wewnątrz systemu, do raptem kilkuset metrów na sekundę w ułamku sekundy nigdy nie jest przyjemnym doświadczeniem. Pierwsze eksperymenty z tą technologią, zanim powzięto odpowiednie zabezpieczenia, wymagały nie tylko zeskrobywania pilotów z szyby, ale i wydłubywania ich z klimatyzacji. Sai, mimo lat doświadczenia, nigdy do tego nie przywykła. Z trudem zogniskowała wzrok na wyskakujących kropkach na radarze, ale słuchanie powiadomień Astry to było zbyt wiele. Zgodnie ze swoim wierzeniem, jako panaceum na swoją dolegliwość zapaliła papierosa.


- Odległość od stacji? - burknęła masując skronie.
- Dwanaście i pół kilometra.
- Oznacz, obierz kurs i tak dalej. Muszę się odlać. Zapomniałam przed skokiem i prawie się ulało.
- Wykonuję.


Gdy wróciła, stacji nie dało się już objąć wzrokiem z kokpitu. Bosch City było ogromną kulą kręcącą się wokół własnej osi z jednym punktem wlotu.


- Prosiłaś o pozwolenie na lądowanie?
- Tak, kapitanie. Kazano nam oczekiwać.
- Aż taki ruch na tym zadupiu? - spytała z nieukrywanym zdziwieniem ustawiając statek na wprost wejścia.
- Przydzielono temu okrętowi trzecie miejsce w kolejce.
- No nie wierzę, że mają wszystkie hangary pełne. Mam czekać aż ktoś łaskawie wyleci?
- Aż wylecą trzy okręty.


Westchnęła z rezygnacją. Po chwili zapaliła się w jej głowie żaróweczka, gdy ukryta w podświadomości myśl wypłynęła na powierzchnię. Skoro ona z pojedynczym statkiem straci czekając kilka godzin, to samo robił przed nią Kobak ze swoją bandą przewoźników. A jeśli towar przewoził sam, to jeszcze więcej. Pomimo posiadania nad Sai pierwotnie dwóch dni przewagi, nadal istniała szansa, że go złapie tutaj na miejscu. Dreszcz adrenaliny natychmiast ją rozbudził, ponownie poczuła się jak wilk na polowaniu.


- No, ruchy, ruchy, wynocha - poganiała niewskazane konkretnie osoby mamrocząc pod nosem.


Po kwadransie wpatrywania się we wlot do stacji dała za wygraną i rozpoczęła przeglądanie sieci. W akcie desperacji zarejestrowała się na forum miłośników Eagle'a tylko po to, by udowodnić komuś, że nie ma on racji. Ku swojej uciesze, rozpoczęła wielką burzę i w przeciągu kilku minut administratorzy zablokowali wątek. Ku swojemu zdziwieniu natomiast, dostała również prywatną wiadomość będącą czymś pomiędzy zaproszeniem na randkę, a oświadczynami.


- Astra, czy to stało się jakąś normą społeczną, że nieznajomy mi facet pisze mi, że "jestem jego ostatnią szansą na poznanie kogoś z kim mógłby spędzić resztę życia"?
- Nie, kapitanie. Nauki psychologiczne natomiast uznają to jako wirtualne zauroczenie. Kiedy kobieta zaczyna się udzielać na forum publicznym, chociaż jest w teorii przeznaczone dla męskiego grona, jest statystycznie skazana na przynajmniej jednego adoratora.
- Ale to musi być akurat jakiś pojeb?
- Statystycznie, kapitanie.


Pokręciła głową z zażenowaniem dodając mężczyznę do listy zablokowanych. Po namyśle, usunęła również całe konto.


- Ilu już wyleciało?
- Dwa okręty. Jesteśmy następni w kolejce.


Niczym kot czychający na mysz w norze, tak Sai zgrzytając zębami wpatrywała się w wejście.


- Wreszcie, kurwa! - wrzasnęła widząc wylatującego transportowego Haulera - Chwalmy bogów i twój zawszony zad, sukinsynu! Ciężko było wcześniej, naprawdę?!


Złapała za drążek i wypoziomowała statek chcąc wlecieć do rękawa. Gdy tylko wsunęła się do niego dziobem, w tym samym momencie po drugiej stronie wąskiego tunelu pojawił się wylatujący Lakon Dziewiątka, zajmując przejście niemal w całości.


- Cała wstecz! - wydarła się na widok prącego nań kolosa. - Kto tu do cholery kieruje ruchem?!


Lakon leniwie wypłynął z rękawa rozkoszując się całą szerokoscią hangaru. Sai, w akompaniamencie niekończącej się wiązanki, pozdrowiła go międzygalaktycznym gestem przyjaźni w postaci środkowego palca. Głośno pochwaliła wszystkie świętości, że w końcu posadziła Eagle'a na lądowisku, a następnie zgłosiła dyżurnemu stacji żądanie spotkanie z szefem ochrony. Zgodnie z prawem Murphyego, musiało go akurat nie być. Z trudem opanowując narastający morderczy szał, Sai zmusiła ich do znalezienia kogokolwiek z mocą decyzyjną i będącego w stanie pełnić jego obowiązki.


- Porucznik Sora Mitani, podobno chciała się pani ze mną widzieć - zameldowała się kobieta o niemal niezauważalnych azjatyckich rysach twarzy. Ubrana było w czarno niebieski mundur z czapką, będący jednocześnie kombinezonem do krótkiego przebywania w otoczeniu bez atmosfery, zbliżony do tego w jakim była Sai. Podeszła do pilotki na jej lądowisku podając rękę., która zdziwiła się słysząc jej stopień. Stacja była cywilna, nie było na niej ani wojska, ani żadnej formalnej policji. Pomimo liczby mieszkańców i pracowników, ochroną takich obiektów zajmują się z reguły prywatne firmy.
- Sai Aquila, miło mi. Reprezentuję Galactic Reserves Corporation.
- Jeśli to sprawa powiązana z ekspansją sił Federacji... - zmarszczyła brwi - to od razu muszę zaznaczyć...
- Nie, nie, źle oceniacie moje intencje, poruczniku. Ukradziono statek korporacji, a z posiadanych przeze mnie informacji, znalazł się tutaj.
- Znalazł się?
- Owszem. Tak wskazują moje informacje.
- Skąd je pani posiada?
- Sama go tu wyśledziłam - dodała pospiesznie. Sai szybko wywnioskowała, iż porucznik już chciała robić polowanie na czarownice i szukać źródła przecieku. Zrozumiałe zboczenie zawodowe każdej ochrony pracującej na obiektach zajmujących się najnowszą technologią.
- Mhm. Co przewoził?
- Pierwotnie, złoto.
- Pierwotnie?
- Patrząc na tempo ile zajęło mi dotarcie tutaj, a teraz kluczenie w okół tematu czy w ogóle tu jest, domyślam się, że złodzieje już go rozładowali. Albo i zdążyli pociąć go na żyletki.


Porucznik Mitani, gdyby mogła, spaliłaby Sai żywcem używając samego spojrzenia. Ku jej rozczarowaniu, nie posiadała takiej zdolności. W odpowiedzi otrzymała od pilotki jedynie rozbrajający niewinny uśmiech.


- Co to za statek? - wycedziła.
- Lakon, typ dziewiąty. Numer identyfikacyjny Charlie - Charlie - Zero - Zero - Dziewięć - Jeden - Trzy - Trzy - Zero - Jeden. Cecha charakterystyczna w postaci napisu Galactic Reserves Corporation.
- Z której strony? - zapytała mechanicznie, wpisując podane dane do holograficznego panelu na własnym przedramieniu.
- Z każdej.


Porucznik ponownie rzuciła łowczyni nagród jadowite spojrzenie. Obie czekały w milczeniu aż baza danych odpowie wynikami. Sai wstrzymała się od komentarzy nie chcąc przesadzić. Gdyby oficer dyżurna tylko chciała, mogła jej odmówić pomocy, a tymczasem najwyraźniej zależało jej na szybkim pozbyciu się problemu, skoro nawet nie sprawdziła tożsamości nowoprzybyłej.


- No mamy go tu - oznajmiła niechętnie Mitani.
- Wiem - wbiła szpilę Aquila.
- Proszę za mną.


Skierowały się do windy i zjechały kilka pięter pod poziom lądowisk, do hangarów dla poszczególnych jednostek. Z niemałą frustracją Sai obserwowała puste boksy, które rzekomo były zajęte przez co musiała czekać w kolejce do lądowania. Idąc połowicznie oświetlonymi korytarzami, pilotka co chwilę potykała o zwoje kabli. Była w stanie przysiąc, że trasa została wybrana na złość, zwłaszcza gdy para i iskry notorycznie strzelały koło jej twarzy. Gdy dotarły w końcu do boksów przeznaczonych dla największych jednostek, Mitani bez ostrzeżenia uderzyła w duży przycisk na ścianie. Liczne halogeny dwukrotnie większe rozmiarem od Sai rozjaśniły pomieszczenie tak bardzo, że gałki oczne omal nie uciekły jej w głąb czaszki. Pani porucznik profilaktycznie opuściła głowę chowając swoje oczy za daszkiem czapki. Uśmieszku jednak, nie udało jej się ukryć.


- Ten?
- Dokładnie. Gdzie jego pilot?


Mitani przejrzała bliżej nieokreślony dokument na hologramie, kilkukrotnie zmieniając okienka.


- Z zapisu wynika, że nie opuścił stacji. Chyba, że zapomniał się wymeldować odlatując inną jednostką.


Nie sądzę, pomyślała Sai.


- W rejestrze faktycznie figuruje już jako kradziony - westchnęła. - Rozumiem, że będzie pani świadkować otwarciu jako przedstawiciel właściciela i spiszemy protokół z zabezpieczenia?


Pilotka przeklnęła w duchu. Nie uśmiechało się jej tkwić bezczynnie przez biurokrację, zwłaszcza na tej stacji. Jak się miała okazję już przekonać, zapewne zajmie to wieczność i jeden dzień dłużej. O ile rzecz jasna, krew jej nie zaleje i natura furiata zmusi do wymordowania wszystkich.


- Z przyjemnością - odparła.


Porucznik Mitani zaznaczyła kilka przecisków na swoim holograficznym wyświetlaczu i ładownia Dziewiątki otworzyła się niczym gigantyczna paszcza. Po chwili, na czterech wysięgnikach, gdzieś z głębi niczym język wysunęła się winda. Sai wciągnęła głęboko powietrze nosem. Poczuła charakterystyczny, nie dający się z niczym pomylić zapach. Dokładnie wiedziała co znajdą.


- Ale smród. Co tu było przewożone? - spytała porucznik przysłaniając nos rękawem gdy wjechały na górę.
- Nie była pani nigdy przy zwłokach, prawda?
- Że co?


Sai rozejrzała sie po ładowni, w tej chwili oświetlanej automatycznymi światłami. Rzędy szafek, stelaży, pakowarek, chwytaków i taśm przekazujących potencjalne surowce do wewnętrznej huty Lakona były zupełnie puste. Dostrzegła w rogu, przy samym przejściu w głąb statku, pustą kapsułę kriogeniczną. Klęknęła na podłodze windy, pogładziła ją ręką i obejrzała opuszki. Były całe w drobinkach złota. Przeszła kilka kroków w stronę huty i dotknęła obudowy, niewiele cieplejszej od jej dłoni. Uśmiechnęła się do siebie.


- Czego pani szuka? - spytała niewyraźnie porucznik zza rękawa.


Sai obróciła się od ładowni i ruszyła wąskim korytarzem w stronę kokpitu. Tutaj zapach rozkładających się zwłok robił się intensywniejszy. Tuż przed kokpitem znajdowała sie malutka alkowa z rzędem ściennych szafek. Kilka było otwartych i wypadły z nich rzeczy prywatne Hackleberryego. Klęknęła nad nimi i dostrzegła kilka książek, przekąski oraz buty na zmianę. Ostrożnie podniosła jedną z książek i przyjrzała się powierzchni okładki, do której przyklejona była dziwna, smolista substancja. Oderwała ją i powąchała. Delikatny, metaliczny zapach. Zgniotła ją palcami, krusząc ją natychmiast na małe, natychmiast barwiące dłoń czerwienią drobinki.


- Co pani znalazła?
- Przypaloną krew - odparła wycierając rękę w spodnie.
- Co?
- Zastrzelili go pistoletem laserowym - wyjasniła rozglądajac się w poszukiwaniu kolejnego tropu. Przywykła już do zapachu i potrafiła go ignorować, ale pani porucznik miała z tym wyraźne problemy.


Sai klęknęła pod jedną z ławek i smród natychmiast stał się intensywniejszy. Za meblem, poniżej powierzchni do siedzenia, była duża, szerokości dwóch metrów, ścienna szuflada z naklejką "części zapasowe". Odsunęła ławkę i bezceromonialnie pociągnęła za klamkę do siebie. Fetor buchnął niczym fanfary oznajmiające znalezienie zwłok. David Hackleberry nie wyglądał zbyt ciekawie z siną skórą napęczniałą jak balon od rozkładu i wypaloną dziurą nieco powyżej prawego oka. Mitani ostentacyjnie zwymiotowała, jednak nie sposób było stwierdzić czy z powodu zapachu, czy też widoku.


- Nie tak się zabezpiecza miejsce zdarzenia - skomentowała Sai.
- Z całym szacunkiem, proszę się gonić - warknęła przecierając usta. - Jakim cudem on tak się rozłożył w niecałe dwa dni?
- Od temperatury.
- Przecież jest chłodno.
- Tak, teraz. Ale przez cały czas huta pracowała. Złodzieje w pośpiechu przetapiali co tylko się dało, żeby wywieźć czyste złoto. Nie zawsze czekali nawet aż wystygnie, więc przez cały czas tu było co najmniej pięćdziesiąt stopni i do tego wilgotno.


Mitani skinęła głową.


- To pierwsze moje zabójstwo.
- Widzę - skomentowała łowczyni nagród otwierając śluzę od kokpitu. - Kolejne będą gorsze.


Rozejrzała się po kokpicie. Przestronny, z trzema miejscami siedzącymi i podręcznym cateringiem. Statek teoretycznie powinien być obsługiwany we trzy osoby, ale zmiany oprogramowania i, co ważniejsze, koszty sprowadziły do jednoosobowej obsługi tego kolosa. Sai podeszła do jednego z terminali i przejrzała zapisy. Tak jak myślała, przez ostatnie dwa dni huta pracowała nieustannie. Spojrzała na godziny działania poszczególnych systemów co wywołało zmarszczenie brwi. Dokowanie miało miejsce czterdzieści dwie godziny temu. Huta zaczęła pracę dwie godziny później i pracowała kolejne dziesięć. Trzy godziny później nastąpił rozładunek pięćdziesięciu czterech ton i ponownie włączono hutę, która tak jak poprzednio, skończyła pracę po dziesięciu godzinach, czyli siedemnaście godzin temu. Kolejne rozładowanie miało miejsce sześć godzin później, również pięćdziesiąt cztery tony, czyli wszystko co pozostało w ładowni. Drobne nadwyżki Kobak prawdopodobnie zmieścił do swojej Cobry przy pierwszym skoku, jak zostawiał tu Hackleberryego. Przymknęła oczy próbując sobie wszystko poukładać w głowie.


- Co pani tam robi? - usłyszała głos porucznik zza pleców.
- Liczę.
- Co pani liczy?
- Złodzieje wyprzedzają mnie o dziesięć godzin i przylecieli tu dwukrotnie. Co może przewieźć na raz pięćdziesiąt cztery tony złota i palladium?
- Trzy w pełni odciążone haulery - odparła bez zastanowienia.
- Skąd pewność?
- Nie tak dawno byłam celnikiem. Codziennie miałam do czynienia z przemytnikami.


Sai skinęła głową. Statki w pełni pasowały do jej teorii. Małe, nie rzucają się w oczy, a zarazem Kobak potrzebował tylko dwóch osób.


- Poruczniku, potrafi pani ich zidentyfikować?
- Nie powinno być problemu, mamy kamerę na zewnątrz, która...
- Nie macie. Odstrzelili ją.
- Nie zauważyłam - burknęła rozeźlona.
- Ale ja tak. Trzech mężczyzn, duży wózek towarowy, trzy haulery, które przyleciały prawie jednocześnie. Rysopis jednego ze złodziei jestem w stanie udostępnić.


Mitani przytaknęła i zajęła się klikaniem w podręcznym terminalu.


- Muszę dokonać zabezpieczenia miejsca, a pani będzie musiała pójść ze mną. Trzeba spisać protokół.
- Jeszcze sprawdzę jedną rzecz.
- Nie powinnam... Dobra, tylko szybko.


Mitani przez chwilę poczuła się służbistką, ale szybko zdusiła w sobie ten odruch. Nie kwapiła się tu wracać tylko by sprawdzić coś jeszcze raz. Sai otworzyła terminal statku i weszła w zakładkę komunikacji. Przeleciała wzrokiem bo pisemnych rozmowach Kobaka z Hackleberrym. Nie było ich wiele, najwyraźniej porozumiewali się najczęściej komunikacją głosową, lecz i to wystarczyło do wysnucia wniosku, że planowali to od początku. A raczej, Kobak planował, a Hackleberry dał się podpuścić jak dziecko. I dobrze mu tak, pomyślała zamykając okienka by następnie ruszyć za porucznik spisać zeznania.


***


Biurokracja to zło w najczystszej postaci, pomyślała spędzając czwartą godzinę na bezczynnym czekaniu. I tak czuła się wdzięczna za priorytetowe traktowanie, przez co nie została uwiązana na przynajmniej dwa tygodnie. Niemniej, czas uciekał nieubłaganie. Według jej wyliczeń, sześć godzin temu Kobak dotarł do swojej kryjówki, gdziekolwiek ona jest. A ślamazarność Bosch City działała teraz na jego korzyść. Westchnęła i włączyła portal społecznościowy.


> Ron Webber napisał:
>> I tak o to truteń odstał swoje i zmienił się w królową roju. Od dziś jestem dyrektorem transportu GRC. :):):):) yeah!
> Owen Miles skomentował:
>> To kiedy pijemy?
> Jego Zajebistość Robert Trocki skomentował:
>> Czyli teraz ktoś biega z twoją taczką a ty mu mówisz gdzie? :D A tak poważnie, kiedy pijemy?
> Fifi M. skomentowała:
>> Ron jest teraz człowiekiem na poważnym stanowisku i musi dbać o wizerunek, np. nie zadawać się z takimi menelami... Żartowałam. Kiedy pijemy?


Nie dane jej było napisać swojej odpowiedzi, gdyż w tym momencie funkcjonariuszka poprosiła ją o wejście do gabinetu. Sai spędziła jeszcze długie godziny nad papierologią, a także oczekiwaniu na potwierdzenia różnych upoważnień od Galactic Reserves Corp., które ze względu na dosłownie kosmiczne odległości, docierały wieczność.


***


- Astra, nanieś dane z boi nawigacyjnej i pokaż mi jeszcze raz trasę Kobaka - krzyknęła od samego wejscia na pokład.


Holograficzna mapa ponownie wskazała drogę do Nisgayo, a następnie w nicość. Sai przełączyła filtry i znaki systemów objęte zostały strefami wpływów. Niedokończona linia ciągnąca się za Kobakiem zmierzała w stronę wirtualnej bańki oznaczonej nazwiskiem Delaine.


- Szesnaście godzin potrzebowali by obrócić w obie strony. Astra, wskaż systemy, idąc tą samą trasą, do których dotrze hauler z ładunkiem pięćdziesięciu czterech ton w ciągu ośmiu godzin. Uwzględnij wewnątrz systemową podróż do stacji i pasów asteroid.
- Wykonuję.


Ziewnęła w oczekiwaniu na wyniki przeniosła wzrok na kalendarz. Drugi kwietnia. Jutro, o ile Chekov dostarczył wiadomość, miała się spotkać z Milesem Gawkerem. Gawker był kapitanem imperialnego okrętu Duma, a zarazem dobrym znajomym z dawnego życia, kiedy jeszcze przedstawiała się jako Nadia. Pamiętała też dobrze, że był jej dłużnikiem. Liczyła, że o tym nie zapomniał.


- Zakończono obliczenia. Wyselekcjonowano następujący system: Teaka.
- Teaka? - powtórzyła zaskoczona. - Nie słyszałam o tym systemie.


Atra natychmiast powiększyła obraz systemu ukazując jego rozkład i pobieżny opis. Sai wybałuszyła oczy na zastany widok. Dziesięć planet w tym trzy giganty z pasami asteroid oraz siedem stacji. Do tego jest terenem wypadowym piratów Delaine'a.


- Znalezienie tutaj tych drani będzie graniczyć z cudem... Daj mi Chekova. To jego działka.
- Wybrać połączenie głosowe czy tekstowe?
- Nie mam czasu na lagi teraz, tekstowe.


Połączenia głosowe na odległość kilku lub nawet kilkunastu systemów nie były niczym dziwnym w XXXIV stuleciu. Nie były jednak pozbawione wady jaką jest opóźnienie. W praktyce, gdy jedna osoba mówiła, druga czekała kilka minut, a czasem i godzinę aż wiadomość do niej dotrze. Nim sama odpowie, jej rozmówca musiał czekać drugie tyle. Forma ta z tego powodu była niechętnie wykorzystywana. Sai otworzyła okno tekstowe i skronstruowała krótką wypowiedź, że ponownie potrzebuje pomocy. Jeśli Chekov ma jakichkolwiek szpiegów w okolicy Teaki, a na pewno ma, powinni dać jej punkt zaczepienia do złapania Kobaka.


- Obierz w tym czasie kurs na Chunza.
- Wykonuję.


***


Najdroższa Ślicznotko,
Znalezienie czegokolwiek w systemie jak Teaka to wyzwanie samo w sobie, a doskonale wiesz, że uwielbiam wyzwania. Podane przez Ciebie trzy statki faktycznie zostały zarejestrowane w tym rejonie. Co więcej, a wiem że to uraduje Twe serce, posiadam informację nawet gdzie i kiedy Twój faworyt ma zamiar się spotkać ze swoim paserem.

W pasie asteroid Teaka 1 znajduje się kilka kryjówek używanych przez ludzi Króla Piratów. Niespecjalnie wiernych ludzi, dodajmy. Pan Terry Kobak opłacił nadzorcę jednej z tych stanowiących tymczasowy magazyn by nie pisnął słówkiem wielkiemu wodzowi. W załączniku masz dokładne współrzędne oraz czas spotkania. Niestety, zdobycie planów stacji leżało poza moim zasięgiem, ale na Twoim miejscu nie wybierałbym się tam bez wsparcia. Pamiętaj również, że po spotkaniu Kobaka z paserem, znalezienie go będzie jak szukanie światła w czarnej dziurze.
Pozdrawiam,
Twój Wieczny Wielbiciel C.
PS. Twoja pluskwa już padła, ale przez ten czas nie zarejestrowała niestety nic ciekawego. No, chyba że interesuje Cię fakt, iż GRC z powodu braków kadrowych zmuszona została połączyć kilka konwojów z krańcowych systemów w jeden wielki. Znając Ciebie pewnie przehandlujesz to na użyteczniejsze informacje, toteż trasę też wkleiłem do załącznika.


Zamknęła okienko wiadomości i skupiła wzrok na radarze. Nie była pewna czy Gawker będzie pamiętać co określiła mianem "Galia". Minęła czwarta rano i nadal nie widziała oczekiwanego okrętu Duma. System Chunza, w którym obecnie czekała, był przed laty wrogiem Imperium. Nikt już nie pamiętał kto sprawował tu rządy, ale wszyscy doskonale pamiętali zaciekłość obrońców. Tygodniami odpierali Imperialnego natarcie, broniąc w zasadzie niczego poza swoim honorem. Gawker przytoczył wówczas wręcz archaiczną historię o malutkim plemieniu Galów. Imperium Rzymskie, przed którym wszyscy klękali, otaczało ze wszystkich stron tę małą osadę Galów za nic nie mogąc sobie z nimi poradzić. Porównanie to strasznie zapadło Sai w pamięć.


Trzy minuty po czasie coś rozbłysło na tle czarnego morza kosmosu. Radar piknął.


- Spóźniłeś się, Gawker.
- Też się cieszę, że cię słyszę, Nieumarła.


Miles Gawker przybył uznawanym za dzieło sztuki imperialnym Clipperem. Okazały, śnieżnobiały olbrzym był świadectwem przywiązania do detali imperialnych inżynierów, jak i projektantów. Pod okrągłymi oraz delikatnymi kształtami skrywał śmiercionośną siłę ognia zdolną rozerwać większe od niego okręty.


Piloci obu statków zrównali poziom kierując się do siebie ładowniami. Duma otworzyła swoją wypuszczając z niej rękaw, mając potem służyć do przejścia między pokładami.


- Z boku to musi wyglądać jak kosmiczne zapłodnienie - odezwał się Gawker.
- Czwarty raz ten sam dowcip nie bawi.
- Ale już dużo gwiazd wybuchło od trzeciego.


Sai pokręciła głową z rozbawieniem i nałożyła kask. Zapięła szczelnie kombinezon i wyszła przez śluzę kokpitu stając w swojej ładowni. Wielka tuba dotarła w końcu do okna ładunkowego i pilotka wcisnęła guzik odpowiedzialny zamykaniu włazu. Rękaw nie przylegał szczelnie, ale nie był w stanie wypaść i rozłączyć obu statków. Środek przejścia był zupełnie pusty, nie licząc drabin na przeciwnich ścianach. Przy braku grawitacji, Sai przeskoczyła do Dumy w zaledwie kilku susach. Po drugiej stronie czekał na nią podobnie ubrany żołnierz. Wprowadził ją do małego pomieszczenia, zamykając za nimi drzwi. Była to śluza, do której gwałtownie wprowadzono powietrze, a w raz z nim grawitację. Towarzysz zaczekał aż Sai złapie równowagę, a następnie otworzył drzwi do kolejnego pokoju, w którym czekała następna osoba. Stojący mężczyzna miał kwadratową szczękę, głęboko osadzone oczy skrywane pośród licznych blizn i zmarszczek dookoła. Krótka, wojskowa fryzura zdawała się niezmienna od lat, podobnie jak brak śladu po zaroście. Podobnie jak Sai, dobijał dopiero sześćdziesiątki, ale życie bardziej go doświadczyło. Stał przed nią ubrany w mundur galowy z pagonami kapitana i piersią ciężką od orderów. Skinął głową na żołnierza by zostawił ich samych, podczas gdy ona mocowała się z kaskiem.


- Nadia... Myślałem, że nie żyjesz.
- Myślałam, że będziesz oryginalny z powitaniem.


Bez słowa pchnął ją na ściane i przywarł do jej ust wplatając dłonie w czerwone włosy. Nie zamknęła oczu i, choć nie protestowała pocałunkowi, nie odwzajemniła go. Delikatnie kładąc rękę na ramieniu dała mu znać, że wystarczy.


- Wybacz - weszła mu w słowo, które już chciał wypowiedzieć. - Nie mogę teraz myśleć o niczym innym, tylko o tym, że za dużo osób wie o moim powrocie do żywych.
- Rozumiem - spochmurniał. - Nie traćmy czasu.


Odwrócił się i przechodząc kilka kroków białym korytarzem uchylił jej drzwi od kajuty kapitana. Tutaj warunki już były nieco mniej reprezentacyjne. Kanciasty stół z jednym krzesłem i podwieszane łóżko na ścianie oraz jedna szafka. Tyle z ekstrawagancji, nie licząc holograficznego terminala mogącego zająć większość pokoju.


- Niewiele się tu zmieniło przez ostatnie lata - skomentowała rozglądając się.
- Nie było takiej potrzeby.


Zapadła chwila niezręcznej ciszy, w trakcie której Gawker sięgnął do swojej szafki. Wyjął butelkę whisky i dwie szklanki, bez słowa napełniając obie. Pociągnął z naczynia nie czekając na Sai.


- Mów, co cię sprowadza. Musi to być coś poważnego.
- Jaka jest szansa, że stałam się priorytetowym celem?


Gawker westchnął. Upił łyk trunku myśląc nad wypowiedzią.


- Ofensywa na Federację była sprawą wywołującą dużo sporów w senacie, a zwłaszcza Hawelius, pod którym rzekomo zginęłaś. Senatorzy sprzeczali się o względy ekonomiczne jak i polityczne takiego posunięcia. Każde z nich miało jakieś "ale", z wyjątkiem Dentona Patreusa. Udało mu się jednak zrzeszyć wystarczająco dużo głosów dookoła swojej sprawy i w swoje ręce wziąć odpowiedzialność za natarcie. Senator Zemina Torval, pierwotnie przeciwna, przyłączyła się do sprawy. Ze swoich środków wspierała kampanię dostarczając okręty lub uzupełniając braki na pokładach ludźmi, tak jak w twoim przypadku. Ich współpraca nie była jednak taka różowa. Zemina publicznie krytykowała Patreusa za niemal wszystko. Każda porażka była uwypuklana, każdy sukces bladł na tle wpadek.
- Wbijała mu szpilę na każdym kroku.
- Mało powiedziane - skomentował podkreślając to uniesieniem brwi. Zakręcił szklanką i ponownie zakosztował alkoholu. - W senacie kwestionowała jego zdolności przywódcze i jako stratega. Odbijało się to Patreusie. Faktycznie zaczynał popełniać błędy. Kiedy w bitwie o Hawelius stało się to, co się stało... Lojaliści Dentona Patreusa dali radę mu wmówić, że to przez ciebie upadła jego ofensywa na Federację. To, że byłaś oddelegowana do niego na polecenie Zeminy Torval tylko podsyciło jego podejrzenia, że stara wiedźma podłożyła mu nogę. Po ich utarczce w senacie i wycofaniu poparcia dla wojny przez Zeminę, która nawiasem mówiąc uważa cię za bohaterkę, nie sądzę by ci odpuścił. Prawdopodobnie rozkazał cię wziąć żywcem byś poparła jego oskarżenia. A że Patreusowi wali się teraz pod nogami grunt sceny politycznej... Sądzę, że już są w drodze po ciebie.


Siedziała wpatrzona gdzieś w dal kręcąc szklanką i mieszając znajdujący się w niej alkohol. Do tej pory nawet nie zwilżyła w nim ust.


- Nadia - wyrwał ją z zamyślenia. - Mogę cię ukryć. Nawet na pokładzie tego statku, jeśli będzie trzeba.


Przeniosła wzrok na niego i pokręciła głową.


- Archon Delaine. Dalej jest naszą marionetką? - zmieniła temat.
- W mniejszym stopniu jak kiedyś. Zaczął się usamodzielniać, ale dopóki dostaje imperialne złoto, robi to czego się od niego oczekuje. A co?


Odstawiła szklankę na niewielki stół i skupiła się na swoim naręcznym terminalu. Po włączeniu przełączyła kilka plików aż wyskoczyła holograficzna mapa z licznymi punktami połączonymi ze sobą przez dużą część znanej galaktyki.


- Na co patrzę?
- Na trasę przelotu konwoju Galactic Reserves Corporation zwożącego zasoby z zewnętrznych stacji wydobywczych. Największa ruchoma góra złota jaką w tej chwili można zabrać Federacji z dokładnymi punktami pobytu i czasem.
- Chcesz ją oddać piratom?
- Nie będą w stanie jej przejąć, ale tak. O to mi chodzi.


Popatrzył na nią zdziwionym spojrzeniem.


- Dywersja dla jakiejś innej operacji? Próbujesz wkupić się w łaski Patreusa?


Parsknęła śmiechem.


- Nie. Nigdy nie tolerowałam złamasa i w żadne łaski się wkupywać nie będę. Zależy mi by piraci się tylko pokazali. Potrzebuję by ich widziano. Tyle ci mogę powiedzieć.
- Za darmo nic nie zrobią.
- Dam Delaine'owi za to sto ton złota i Terryego Kobaka. Miałam jeszcze kilka punktów, w których mogliby się obłowić i nękać GRC, ale sam konwój będzie lepszym rozwiązaniem.


Popatrzył na nią badawczo. Nie do końca wierzył w to co słyszał.
- Nadia, w co ty grasz?
- Robię dupochron.
- Probujesz się wkupić w łaski Federacji, prawda? Próbujesz zdobyć azyl? Chcesz stworzyć fikcyjne zagrożenie, za które obsypią cię przywilejami.


Utkwiła wzrok głęboko w jego oczach.
- Pomożesz mi, czy mam wyjść?


Zauważalnie zacisnął szczęki, aż mięśnie przy skroniach zapulsowały.


- Coś jeszcze potrzebujesz?
- Szczęścia. I to dużo.
- Zrobię o co prosisz, ale... Nadia, nie tędy droga.


Podeszła i pocałowała go namiętnie, a następnie bez słowa obróciła się i wyszła. Wytarła dokładnie wargi w rękaw nim założyła kask przed powrotem na swój statek.


***


- Astra, wysil się bardziej.
- Skanery ciepła pracują z pełną mocą, kapitanie.


Pas asteroid planety Teaka 1 upstrzony był tak gęsto, że Sai traciła nadzieję na znalezienie kryjówki Kobaka. Podane jej przez Chekova współrzędne nie były wystarczająco dokładne by mogła od razu namierzyć stację na którejś z asteroid.


- Wykryto niezidentyfikowany statek typu Adder.
- Nie takim statkiem miał przylecieć paser?
- Tak, kapitanie.
- Ale to miało być za... Cholera. Nie zauważyłam ile czasu już zleciało. Włącz tryb ukrycia, on nas zaprowadzi do Kobaka.
- Wykonuję.


Statek pasera leciał prosto do asteroidy o rozmiarach, których pozazdrościłaby niejedna planeta. Sai przelatywała kilkukrotnie w pobliżu tego kosmicznego kamienia, ale dopiero teraz zrozumiała czemu przeoczyła znajdującą się na niej stację. Powierzchnia asteroidy była bruzdowata, pełna kanionów, zaś stacja była ukryta pod jej powierzchnią i nie było do niej bezpośredniego wlotu. Należało wylądować, a dopiero potem pieszo wejść do środka. Sprytne, pomyślała obserwując wyjeżdżającego z pokładu Addera łazika. Po zeskanowaniu powierzchni, zobaczyła jeszcze trzy Cobry, w tym jedną Kobaka, oraz trzy Haulery.


Posadziła statek na powierzchni asteroidy i ruszyła w stronę wejścia. Czekała na nią winda ze śluzą, za którą dało się ponownie oddychać. Poprawiła świeżo przypiętą do pasa kaburę z pistoletem. Czuła przypływ adrenaliny, nie wiedząc co ją czeka. Drzwi się otworzyły ukazując pusty hangar z wcześniej obserwowanym łazikiem. Zdziwiła się, że jej korzystanie z windy nikogo nie zaalarmowało. Rozejrzała się w półmroku zauważając niedbale przyklejoną tabliczkę z kierunkami. Wielkiego wyboru nie było. Kantyna, magazyn i dopisana markerem "szczalnia". Skierowala się w stronę śluzy prowadzącej do kantyny.


- Kogo tam niesie? - krzyknął ktoś jak tylko zamknęła za sobą metalowe drzwi ze szczękiem. Kantyna składała sie z baru po lewej stronie pomieszczenia z ustawionymi wzdłuż niego hokerami na pojedynczych nogach. Trzy krzesła barowe były zajęte przez piratów, zaś czwarty najwyraźniej przyjął rolę barmana. Na wprost baru rozstawiono kilka odrapanych kanap, zajmowanych obecnie przez faceta obściskującego dwie niechętne temu kobiety. Sai dostrzegła, że obie mialy na sobie obroże niewolnic. Na trzeciej ścianie, na wprost łowczyni nagród, widoczne były drzwi do kolejnego pomieszczenia.


- Chyba się lalka zgubiłaś - odezwał się barman.
- Mówiłem ci, że mój magnes na piczki działa! - krzyknął ten siedzący z niewolnicami.


Sai zaobserwowała, że wszyscy są bardzo chudzi. Musieli spędzać bardzo dużo godzin w stanie nieważkości, co wywołało częściowy zanik mięśni. Na jej szczęście, nie byli też miłośnikami obżerania się, więc górowała masą praktycznie nad każdym z nich. Zupełne przeciwieństwem bandytów działających na planetach.


Podeszła do siedzących przy barze tak, by mieć jednego po lewej, dwóch po prawej i barmana na wprost.


- Gdzie Kobak? - spytała.
- Robak?
- Tu się tylko zalewa robaka - podchwycił barman.


Pokręciła głową. Tracę tylko czas pomyślała.


- A to co zabaweczka? - spytał ten z prawej wyciągając bezceremonialnie rękę do jej kabury.


Złapała za jego palce, drugą ręką za nadgarstek. Opuszki pirata po raz pierwszy w jego życiu zetknęły się z przedramieniem tej samej ręki w głośnym trzasku. W chwili gdy krzyknął, trzymając za ucho uderzyła jego głową o blat rozbijając przy tym szklankę z drinkiem. Odruchowo uderzyła łokciem przez swoje lewe ramię w drugiego siedzącego, trafiając go pomiędzy nos a górną wargę. Wróciła do pierwszej, nieco zwiotczałej ofiary stając od boku na jego kolano. Ponownie chrupnęło i zsunął się z hokera. Nogą wytrąciła krzesło barowe spod niego chwytając dłońmi za siedzisko. Mężczyzna opadł bezwładnie na podłogę, lecz na to już nie patrzyła. Obróciła się z hokerem i niczym gigantyczną maczugą, zdzieliła swoją drugą ofiarę przez twarz. Nie sprawdzała jaki skutek osiągnęła, lecz natychmiast rzuciła krzesłem przez blat w barmana i ruszyla do trzeciego siedzącego. Ten z kolei, zdążył już oprzytomnieć i sięgał po broń. Sai dostrzegła błąd osoby niewprawionej w obsłudze broni, gdy ten przeładował pociągając za zamek z lufą skierowaną w ziemię. Natychmiast przycisnęła mu zgiętą rękę z pistoletem do piersi i uderzyła w szyję. Natychmiast zrobiła krok w bok by zejść z potencjalnej linii strzału. Kolejny błąd pirata objawił się pełnym wyprostowaniem ręki, jakby nigdy nie korzystał z oręża poza strzelnicą. Chwyciła za nadgarstek i uderzyła nieco powyżej łokcia ofiary. W bólu spowodowanym dźwignią ściągnął spust dziurawiąc bar. Stanęła na jego łydce i sama pokierowała panicznie strzelającą ręką w stronę siedzącego z niewolnicami. Dwie kule w pierś skutecznie przerwały jego próbę wstawania.


- Szczeźnij suko! - usłyszała za sobą.


Natychmiast obróciła trzymanego i pozwoliła mu pełnić rolę żywej tarczy przed strzałami barmana. Kule wchodziły w jego ciało, lecz nie przebijały na wylot. Przyklęknęła pozwalając zwłokom przykryć ją gdy sięgała do własnej kabury. Strzeliła dwukrotnie przez odzież trupa. Usłyszała głuchy tąpnięcie gdy barman gruchnął martwy o podłogę. Puściła trzymanego i wstała z przyklęku rozglądając się po krwawej jatce. Ze zdziwieniem spojrzała na niewolnice, które, wbrew jej oczekiwniom, nie poruszyły się ani nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku. Podeszła do jedynego przytomnego z piratów, któremu złamała rękę i nogę. Wycelowała mu w twarz.


- Gdzie Kobak?
- Suko pier...


Pociągnęła za spust.


- Gdzie Kobak? - spytała niewolnic.
Obie wskazały na drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia.


- Ilu jeszcze jest?
Jedna z niewolnic podniosła trzy palce, druga cztery.


Ruszyła w stronę drzwi, lecz zatrzymała się przed nimi nasłuchując. Po drugiej stronie ktoś zamierzał je otworzyć, więc natychmiast przywarła do ściany od strony zawiasów. Do pomieszczenia wszedł Terry Kobak.


- Co tu się...
- Cześć - odezwała się przystawiając mu broń do głowy. Pchnięciem ramienia zamknęła za nim drzwi, a wolną ręką je zablokowała.


Obrócił się do niej swoją bliznowatą twarzą. Natychmiast cofnęła rękę z pistoletem do ciała, na wypadek gdyby chciał ją wyrwać.


- Jakim cudem mnie tu znalazłaś?


Wetschnęła.


- Nie chce mi się tego tłumaczyć. Ruszaj - wskazała mu lufą kierunek.


Burknął coś niezrozumiale pod nosem, ale posłuchał. Łowczyni przepchnęła go przez drzwi w stronę hangaru z łazikiem. Skierowała go do pojazdu, zmuszając by ubrał kombinezon do krótkiego przebywania w próżni. Robił to ślamazarnie. Sai zdawała sobie sprawę, że Kobak gra na czas. Liczył zapewne, że paser lub jego ochrona przyjdą po niego. Nadzieja okazała się spełnić, ale zbyt poźno. Łowczyni zdążyła włączyć podnośnik z łazikiem i schować się za nim. Po oddaniu kilku strzałów, wycofali się za śluzę wiedząc, że za chwilę zostanie wyssane całe powietrze z pomieszczenia.


Po wejściu na pokład swojego Eagle'a, przypięła go kajdankami do drabinki w kokpicie. Zmuszony był stać cały czas, ale miała go w ten sposób na widoku i nie zagrażał jej nawet jeśli pilotowała.


- Mam tkwić cały czas w tej pozycji? To niehumanitarne!
- Mogę cię też dostarczyć martwego. Będę miała mniej roboty.
- Gówno prawda. Znam cię. Jakbyś mogła mnie zabić to już byś to zrobiła. Odstrzeliłaś moich chłopaków, a nie zeskanowałaś ich czipów dla nagród - zauważył przytomnie.
- Nie było cię w pokoju jak skanowałam - skłamała podrywając statek do lotu.
- Nie zgłosiłaś też znalezienia haulerów.
- Zgłosiłam nim po was weszłam.
- Ściemniasz nieudolnie. Nie wyślesz z pasa asteroid żadnego sygnału.


Zmrużyła ze złością oczy. Kobak może nie był geniuszem, ale do idiotów też nie należał. Nie podobało jej się, że zaczynał ją rozpracowywać. Poderwała statek i zawisła nad bazą.


- Astra, klamki.
- Broń gotowa do użycia.


Zawiesiła celownik na zadokowanym w pobliżu kryjówki statku Kobaka. Nacisnęła spust i uwolniła serię pocisków z działek obrotowych rozrywając Cobrę na strzępy. Przykuty za plecami pirat burknął niezrozumiale. Jednakowo postąpiła z pozostałymi statkami, by odlecieć poza pas asteroid.


- Nadaj wiadomość do Delaine'a, że dotrzymałam swojej części umowy i właśnie wiozę mu przesyłkę.
- Wykonuję. Wiadomość wysłana.
- Zaraz, ty pracujesz dla Delaine'a? - spytał zaskoczony.
- Astra, przygotuj nas do skoku - rozkazała ignorując zupełnie pirata.


Po wejściu w nadświetlną, Sai skupiła się na znalezieniu właściwego systemu. Z rozmyślań wyrwał ją niespodziewany huk i trzęsienie się statku.


- Padliśmy ofiarą przechwycenia, kapitanie.
- Tutaj?! Na tym zadupiu?!
- Ustalam wektor ucieczki.


Sai szarpnęła drążkiem. Na wirtualnym ekranie nakładającym się na szybę kokpitu Astra umieszczała sugerowaną trajektorię do wyrwania się z przechwycenia.


- Miałeś tu kogoś jeszcze kto cię pilnował?
- Mnie pytasz? Po prostu wkurwiłaś kogoś jeszcze.


Sai co raz rozpaczliwiej szarpała drążkiem w miarę jak docierała do niej myśl kto właśnie wsiadł jej na ogon.


- Nie wyrwę się... Astra, cała stop!
- Czyś ty...


Kobak nie zdążył dokończyć pytania. Wyskoczenie z nadświetlnej rzuciło całym jego ciałem na tyle, na ile pozwalały kajdanki. Sai była pewna, że właśnie połamał oba nadgarstki, ale miała teraz większe zmartwienie w postaci czterech imperialnych modeli Eagle.


- Nadio Dervih - zaburczał komunikator. - Jesteś aresztowana pod zarzutem zabójstwa komandora Kabessy, dowódcy okrętu Cezar, zdradę stanu, dezercję i ucieczkę od odpowiedzialności. Z woli senatora Dentona Patreusa, moim obowiązkiem...
- Astra, ile czasu potrzebujemy by skoczyć? - spytała wyciszając komunikator.
- Napęd będzie gotów do użycia za dwie minuty i czterdzieści osiem sekund.
- Niech gada w takim razie - skwitowała włączając głośnik.
- Czy zrozumiałaś warunki?
- Powtórz warunki, przerwało komunikat.
- Dobrowolnie się poddasz. Następnie, otworzysz ładownię i umożliwisz moim ludziom przejęcie statku. Czy zrozumiałaś i przyjmujesz warunki?


Patrzyła na odliczane sekundy. Czas to nie wszystko. Potrzebowała jeszcze odleciec wystarczająco daleko, inaczej zakłócenia przez masę obcych statków znacząco wydłużą czas nim napęd będzie gotów do skoku. Co więcej, jeśli trwałoby to zbyt długo, silnik by się zwyczajnie przegrzał.


- Nadio Dervih, żądam odpowiedzi.
- Myślę!
- Kiepsko grasz na zwłokę - skomentował Kobak.
- Nadio Dervih...
- Zdążysz mi wytłumaczyć czemu cię tak nazywa? Najlepiej zanim nas oboje zabijesz - wtrącił pirat.
- Przyjmuję, przyjmuję - rzuciła do komunikatora wpatrując się w odliczanie.
- Wyjdź z kokpitu i otwórz ładownię. Drugi statek wyprowadzi rękaw. Oczekuj dalszych instrukcji.
- Kapitanie, gotowość napędu za jedną minutę i pięćdziesiąt sekund.


Spojrzała na radar. Jeden Eagle ustawił się do góry do nogami prawie dokładnie pod jej ładownią. Pozostałe trzy trzymały ją na widelcu.


- Nadio Dervih, otwórz ładownię.
- Astra, pełna moc do tarcz.


Gwałtownie przechyliła statkiem do góry, tak że jej silniki niemal wpadły do otwartej ładowni statku pod nią.


- Dopalacze!


Ogień z silników wpadł do wnętrza imperialnego Eagle, zaś jej własny statek wyrzuciło do przodu. Sai nie wiedziała czy kogokolwiek usmażyła, ale była pewna że temperatura stopiła większość obwodów wroga skreślając go z jej listy problemów. Natychmiast przechyliła drążek i wycelowała tor lotu w drugiego przeciwnika, robiąc z siebie przerośnięty pocisk. Bezradnie próbował się usunął z linii, lecz Sai na bieżąco korygowała trasę. Była pewna, że nie zdążył wzmocnić swoich tarcz. Uderzenie wywołało falę niebieskich iskier, kiedy pole energetyczne przeciwnika pękło i wbiła się w jego kadłub. Jej własne tarcze na granicy wytrzymałości, ale jeszcze raz włączyła dopalacze. Imperialny Eagle rozpadł się niczym przecięty żyletką.


- Cała moc w silniki! - wydarła się buzując adrenaliną.
- Jesteś pojebana - odezwał się ledwo słyszalnym głosem Kobak.


Sai obróciła statek tak by leciał tyłem siłą bezwładności. Dwa pozostałe Eagle ruszyły za nią w pościg lecąc gęsiego.


- Wypuść klamki.
- Uzbrojenie gotowe do użycia.


Łowczyni ponownie użyła dopalacza, lecz tym razem posłużył w roli hamulca i gwałtownej zmiany kierunku lotu. Wrogi Eagle stracił cenne sekundy nim zauważył, że jego ofiara pędzi teraz prosto na niego. Sekundy, które ona spożytkowała zasypując go ogniem, rozbijając tarcze i dziurawiąc skrzydło. Liczyła, że zrobi dokładnie to samo z lecącym za nim drugim celem. Zamiast kolejnych trafień uzyskała same pudła.


- Pod nami! - krzyknął Kobak, który zdążył spojrzeć na radar.


Odruchowo przechyliła statek do pionu zmniejszając jego powierzchnię, lecz wynurzający się spod niej imperialny pilot ciął laserem niczym mieczem.


- Kapitanie, straciliśmy tarcze.
- Flary! Odpal flary! - wrzeszczał pirat.
- Za wcześnie - odpowiedziała mu zadziwiająco spokojnym głosem. - Astra, ile jeszcze do napędu.
- Napęd gotowy do użycia za czterdzieści dwie sekundy.


Pilotka spojrzała na radar. Przeciwnicy rozdzielili się. Jeden próbował wsiąść jej bezpośrednio na ogon, drugi natomiast wleciał na bezpieczniejszy pułap nad nią. Przestrzeń tuż przed kokpitem rozjaśnił taniec laserów. Rozpoczeła taniec uników z wycieńczającymi przeciążeniami, najbardziej odczuwalnych dla wiszącego na kajdankach ze złamanymi nadgarstkami pirata. Zwróciła uwagę, iż jej wrogowie często zapominają zwalniać przed ostrymi zwrotami i tylko dzięki temu dawała radę zniknąć im na dłużej z celowników, a drobne trafienia lasera nie nadążały uszkodzić ważniejszych systemów.


- Kapitanie, napęd gotowy do użycia.


Jak tylko Astra podała wyglądany z utęsknieniem komunikat, Sai skupiła się na nabieraniu prędkości i zwiększaniu dystansu.


- Kapitanie, wróg wystrzelił rakiety.
- Flary - odparła beznamiętnie pilotka.


Rakieta na radarze kierowała się prosto w ich statek, tylko po to by zgubić trajektorię w ogniach flar.


- Dobra, koniec show. Skaczemy - zaakcentowała wciśnięcie guzika napędu.


Po jej statku zostało tylko puste miejsce w przestrzeni.




***


Przekazanie Kobaka odbyło się sprawnie, przynajmniej w jej oczach. Wydzierający się, a w pewnym momencie płaczący facet był żałosnym widokiem, na który nie była w stanie patrzeć. Poczuła się w obowiązku go ogłuszyć przed wsadzeniem do kapsuły kriogenicznej, którą następnie wyrzuciła z ładowni. Na polecenie Delaine'a, inny pirat sprawnie złapał przesyłkę nawet się nie zatrzymując swoją Cobrą i ruszył dalej.


Sai rozsiadła się wygodnie w fotelu. Pozostało jej teraz tylko czekać na efekty działań. Zapaliła papierosa i włączyła portal społecznościowy, gdzie czekało na nią kolejne powiadomienie.


> Owen Miles napisał:
>> Królewska kareta zajechała. Płacą mi za jazdę lepszą furą niż mogłem wymarzyć.
> Ron Webber skomentował:
>> Ale za wachę płacisz sam?
> Fifi M. skomentowała:
>> Dasz się przejechać?
> Jego Zajebistość Robert Trocki skomentował:
>> Na masce


- Kapitanie, przyszła nowa wiadomość.


Sai pospiesznie przełączyła okienka. Poczta pochodziła z Galactic Reserves Corporation.


Pani Nadio Dervih, lub jeśli tak Pani Woli, Sai Aquila.
Z nieskrywaną przyjemnością pragnę przekazać, iż dostarczone przez Panią informację na temat działalności Archona Delaine były bardziej niż przydatne. Straty na jakie mógł on narazić naszą korporację byłyby niewyobrażalne, zaś szacunek jakim się cieszymy ze strony naszych klientów, zostałby utracony bezpowrotnie. Ze kiem przyjęliśmy informację o śmierci Terryego Kobaka przed jego przesłuchaniem, lecz jak wskazuje na to Pani raport, nie można mieć wszystkiego.
Biorąc pod uwagę Pani zdolności pozyskiwania informacji i udowodnione kwalifikacje, a także wakat powstały po rezygnacji ze stanowiska pana Roberta Daftona, w imieniu zarządu chciałbym zaproponować pani posadę Dyrektora ds. Rozpoznania Galactic Reserves Corp.
W celu kontynuowania naszej owocnej współpracy, zapraszam jak najszybciej do naszej siedziby na Beta Hydri.
z poważaniem,
Victor Hummels, prezes zarządu Galactic Reserves Corp.


Sai uśmiechnęła się do siebie. Wszystko szło zgodnie z jej planem.


- Astra, obierz kurs na Beta Hydri.
- Wykonuję.


***


> Sai A. napisała:
>> Dwór królewski właśnie stał się bogatszy o jednego wrednego rudzielca.
> Fifi M. skomentowała:
>> Princessę! Będę wypatrywać!
> Ron Webber skomentował:
>> Trutnie wyczekują z niecierpliwością
> Owen Miles skomentował:
>> Dla ciebie specjalne nowe konie przy karecie
> Jego Zajebistość Robert Trocki skomentował:
>> Tron i berło będą pasować jak ulał!


***


Ledwie zdążyła zrobić zakupy i założyć nowe ubrania nim przejęła ją ochrona. Tym razem ich zachowanie było zupełnie inne i niemal widziała wazelinę kapiącą z każdego ich słowa. Z tego co zrozumiała, zależało im na czasie, gdyż prezes chciał się nią pochwalić podczas telekonferencji z innymi członkami zarządu.


Czuła się jak dama idąc srebrnymi korytarzami Galactic Reserves Corp. w nowym czarnym garniturze z białymi wykończeniami mankietów, nogawek i klapy z kołnierzem. Ochrona wprowadziła ją do przestronnej sali z dużym stołem i prezesem siedzącym już u jego szczytu. Nie potrafiła ocenić jego wieku przez operacje odmładzające, ale była przekonana, że jest starszy od niej.


- Zapraszam, zapraszam - zaprosił ją ruchem dłoni. - Za chwileczkę mamy umówioną telekonferencję, więc pozwoli pani, że zapoznawczą kawę odbędziemy po niej?
- Nie mam nic przeciwko - uśmiechnęła się podchodzac bliżej.
- Stanie pani tu, po mojej prawej stronie. W końcu będzie pani moja prawą ręką... Chyba, że się pani rozmyśliła.
- Ależ skąd, panie Hummels - zaprzeczyła teatralnie. - Aż tak szalona nie jestem.
- Mów mi Victor.


Prezes nacisnął kilka przycisków i przed nimi zamigotał hologram z trzema obrazami. Na pierwszym widniała starsza kobieta w okularach, akurat pijąca kawę. Odstawiła filiżankę i przywitała się skinieniem głowy. Na drugim mężczyzna w średnim wieku o latynoskiej urodzie akurat pospiesznie się rozstawiał i uciszał kogoś poza kadrem, prawdopodobnie sprzątaczkę. Na ostatnim siedział w samochodzie siwy i bardzo stary mężczyzna trzymający na kolanach laskę do podpierania się przy chodzeniu.


- Witam wszystkich serdecznie - zaczął prezes. - Nim przejdziemy do spraw bieżących, chciałbym przedstawić naszego nowego dyrektora do spraw rozpoznania. Mieli już państwo okazję usłyszeć o jej dokonaniach, więc wszyscy mamy pewność co do adekwatności jej awansu. Z racji, że każde z nas od teraz będzie z nią miało styczność, pozwolę pani samej powiedzieć coś od siebie.


Sai grzecznie ukłoniła się hologramom, z których każdy odpowiedział skinieniem.


- Miło mi państwa poznać - przemówiła z uśmiechem i natychmiast zmieniła wyraz twarzy na obojętny. - Niechaj bogowie, w których wierzycie, mają was w opiece.


Towarzystwo z hologramów spojrzało na nią zaskoczonym wzrokiem. Latynos na chwilę podniósł głowę od projektora i spojrzał gdzieś w głąb pomieszczenia, w którym przesiadywał. Oczy rozszerzyły mu się w przerażeniu i uniósł ręcę w obronnym geście. Chciał coś krzyknąć, lecz nie zdążył. Kula przeszyła mu czoło i opadł bezwładnie na krześle. Pozostali obecni patrzyli w osłupieniu.


Następny był siwy mężczyzna. Nawet nie zauważył, że kierowca opuścił szybę i oddał dwa strzały w jego kierunku. Umarł nieświadom swojego losu, podobnie jak kobieta. Kula nim dosięgnęła jej głowy dała jej tylko ułamki sekund na reakcję dźwiękiem tłuczonej szyby okna.


- Co... co tu... Coś ty... - jąkał się prezes ze wzrokiem wbitym w hologramy.


Stanęła za nim, delikatnie kładąc ręce na jego ramionach.


- Tak upadł Babilon - wyszeptała.


Chwyciła go jedną ręką za potylicę, drugą za brodę, błyskawicznie skręcając kark. Strąciła ciało z obrotowego krzesła i sama zajęła jego miejsce.


Na środkowym ekranie, podobnie z ciałem latynosa postąpił Trocki.
- Miles, jak mnie słyszysz?
- Głośno i wyraźnie, ale nie obrócę kamery. Prowadzę - odezwał się głos z trzeciego ekranu.


Nadia Dervih stuknęła kilka klawiszy i pierwszy ekran przełączył rozmówcę na młodziutką czarnowłosą dziewczynę.
- Fifi, raport - rzuciła do dziewczyny, nadal szukając czegoś w komputerze prezesa.
- Trafienie potwierdzone.
- To widziałam. Dalej.
- Chekov się spisał. Ludzie Patreusa łyknęli przynętę i faktycznie przyszli pod dom celu. Policja właśnie ich wywozi.
- Świetnie, ewakuuj się. - podsumowała włączając czwarte okienko. - Webber, odbiór.
- Melduję się, czekam na sygnał - odezwał się Ron Webber ustawiając kamerę na swoją twarz.
- Masz zielone światło. Wyślij wszystkie transporty złota jakie masz. Jedna trzecia do składów Dentona Patreusa, dziesięć procent dla Archona Delaine, reszta do naszych kryjówek. Nie zapomnij wymazać wszystkiego z dysków i zatrzeć śladów. Jak pożar nie wystarczy, to wysadź
- Zrozumiałem, dowódco. Wykonuję.
- Trocki - wezwała opalonego chłopaka w przebraniu woźnego, który też czegoś szukał na komputerze latynosa.
- Zgłaszam się.
- Tak jak Webber, zgraj wszystko i taktyka spalonej ziemii. Im głośniej, tym lepiej. Ewakuacja na własną rękę.
- Tak jest.
- Owen?
- Głośno i wyraźnie - odpowiedział hologram z martwym starcem w samochodzie.
- Pozbądź się Chekova, to nasze słabe ogniwo. Potem zniszcz i pozbądź się samochodu. Po wszystkim masz zielone światło na ewakuację.
- Zrozumiałem.


Popatrzyła po wszystkich i się uśmiechnęła.


- Ku chwale Imperium.
- Ku chwale Imperium! - odkrzyknęli.


Zamknęła wszystkie okna i wybrała nowe połączenie.


- Słucham? - odparła starsza kobieta z siwymi włosami do szczęki i zmęczonymi, acz czujnymi oczami.
- Pani senator Zemino Torval, Nadia Dervih z osobistym meldunkiem.
- Mów.
- Operacja "Midas" w końcowej fazie. Wszyscy członkowie zarządu... - spojrzała na podłogę - ... razem z prezesem Galactic Reserves Corporation nie żyją. Moi ludzie właśnie wywożą transporty złota i palladium do naszych kryjówek, a konta bankowe federalnych agentów zostały zamrożone. Przynajmniej te, do których mieliśmy dostęp stąd. Nim wrócimy, będziemy mieć pełną księgowość i listę wspieranych przez korporację ludzi.
- Denton Patreus?
- Jego ludzie zostali skutecznie obciążeni winą za naszą operację. Ponadto, kilka transportów złota dotrze również do niego w sposób łatwy do zauważenia. Prawdopodobnie obciąży się go również za atak terrorystyczny w postaci wysadzenia siedziby korporacji za... - spojrzała na zegarek - sześć minut.
- W ten sposób jego pozycja w polityczna zostanie unicestwiona. Nikt w senacie nie będzie w stanie tolerować takiej samowolki i usilnego dążenia do wojny.


Agentka skinęła głową. Pani senator uśmiechnęła się ciepło.


- Nawet zza grobu jesteś niezawodna, Nadio. Kończ zadanie i wracaj do domu.
- Ku chwale Imperium.
 
Top Bottom